Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakopane. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 stycznia 2026

o Zakopanem. swiąteczo-sylwestrowym.

Przyjazd nasz tu właśnie był konieczny, bo mnie się ckniło tak, że nie opiszesz, no nie opiszesz słowami.

*

Wstaliśmy sobie w tej Bratysławie dość wcześnie. żeby zjeść spokojnie śniadanko i wypić dwie kawy. wpadłam na trop kawy nad kawami, otóż dodaje kilka kropel mleka kokosowego do mojego owsianego i jest wypas. choć tłusty i letko słodkawy. ale wypas. 

śniadanko na warzywnie z odrobiną jajecznicy.



potem dopakowywanie kosmetyków w pokoju, oraz zapakowanie waliz do strasznej windy, ja jak zwykle zeszłam schodami a Naczelnik się zmagał.

(jeszcze zrobiłam zdjęcie windy na odchodne).

auto wyprowadziliśmy z parkingu w typie sezamie otwórzsię. i w drogę. a droga była dla mnie urokliwa, znów pomiędzy górkami w słońcu, nadal pogoda słoneczna. że na psaurok, w obliczu zapowiedzi armagedonu pogodowego. który oczywiście nastąpił, niestety. 




ale w słowackich górkach na prawdę przyjemnie się jechało. tylko w pobliżu granicy, gdy ichnia autostrada przechodzi w jeden pas...hmmm korek. i tyle. im bliżej granicy, tym więcej śniegu. do kraju tutejszego wjechaliśmy od Chochołowa, i mijaliśmy wjazdy zarówno do Doliny Chochołowskiej jak i Kościeliskiej...i już był klimat Naszych Tatr....

... tłok, busiki, i w knajpie kościeliskiej ceny, że nas z butów wymiotło a głodni byliśmy bardzo, jakoś nam się nie złożyło z jedzeniem słowackim po drodze, także haluszki mogłam zjeść dopiero w Zakopanem






O 15 ej zaparkowaliśmy pod naszym lokum, czyli starym klimatycznym pensjonatem, w typie wyjazdów na wczasy w latach siedemdziesiątych...
Pokoik ciasny i na poddaszu, oczywiście windy niet...goronc niemożebny, że nic tylko zemdleć można...
nastąpiła szybka ewakuacja i na piechotę poszliśmy szukać knajpy na Krupówkach, gdzie jak zwykle tłok był i trafiła się nam urokliwa karczma "Biały miś. i fajnie.







Naczelnik pochłonął żur, i postawił na mięcho, ja zaś cudowne pierogi z oscypem.
i grzańce oczywiście.







na zdjęciu powyżej kolejna miejscówka związana z Witkacym. kiedyś tam była knajpa z dość podłym jedzeniem, teraz jest restauracja.  
a my zasiedliśmy w podłej miejscówce tym razem, vis a vis ale jedzenie w normie. ja placuszki z oscypem ofkorsss i żurawiną. 



wałęsaliśmy się niespiesznie, śnieg na nas sypał, mróz w policzki szczypał, posiedzieliśmy na saniach na zewnątrz jeszcze innej knajpy, i wznosiliśmy toasty za stary rok głównie, bo był na prawdę dobry...powoli zamienialiśmy się w bałwany...wtedy to było piękne i było pięknie... czas się zatrzymał. 
ale nie uniknęliśmy tłumów mówiących językami, głównie słyszeliśmy węgierski. wchodziliśmy w przeceny w dobrych sklepach sportowych, i Naczelnik nabył bezrękawnik a ja kolejne gacie termiczne z merynosa. Zaś dla Ciri zakupiliśmy śfinkę.

ten spodek, latający talerz, to jest Gubałówka :-)

aż się zrobiło zimno i już zmęczono więc spokojnym spacerkiem podrepataliśmy do naszego pensjonatu, położnego blisko, bo taki był zamysł, żebyśmy się na bani w śniegu po pas i po nocy pod górkę po Zakopcu nie włóczyli...

Dnia następnego wczesny zryw, bo wiadomo trudna trasa była przed nami. zero słońca, zdecydowaliśmy się na śniadanie w pensjonacie, niczego wyśmienitego się nie spodziewając. ale nie mieliśmy czasu na szukanie kaw i bułecek.



Rano gór nie było widać, bo mieliśmy przecież pokój z widokiem(swoją drogą świetny film) 
za to śniegu naprało i powrót był dla nas nieco niepokojący. 
Śniadanie rzeczywiście nas nie zaskoczyło, również było w stylówie pensjonu z lat siedemdziesiątych...
i wiooo




Zakopianka zawalona śniegiem i jechaliśmy w śnieżycy...ale tylko do tunelu, a potem jak rączką odjął. kłopoty się zaczęły na wysokości Łodzi a potem Trójmiasta. to już dowaliło i śniegiem i mrozem i ślizgiem i mgłą... dojechaliśmy na samego sylwestra. 

ps

dodaję, że to był ostatni wyjazd w 2025, a teraz już czas na porządki ubiegłoroczne i podsumowania.

piątek, 5 kwietnia 2024

Pewnego razu w Zakopanem. dla równowagi.

Welcom tu de Zakopane and Tatry, 
najlepiej, gdy nie ma turystów, żeby nie zwariować.

zejście z Kasprowego, jakie śliczniusie

popijam ze żentyce(już bym teraz nie mogła)), z widokiem na samo piękno czyli góry.

Myślę intensywnie o majówce, dlatego mi się ten wyjazd przypomniał i też tęsknię za Taterkami. Wczoraj była Miśka[ubrana w czekoladowy płaszcz, i czekoladową  myckę z serwetki babci na głowie, taki look a la lata 20te]przyszła z info, że właśnie tanio kupiła bilet do Madrytu. Skowyczę. W zeszłym roku na miastóweczkę, byliśmy 7 dni w Edynburgu.
Zdaje się tegoroczną majóweczkę obskoczymy w domku, choć morzem szumioncem się uszlajam. mam nadzieję. i ogrodem. podobno pogoda znów ma wskoczyć na letni lewel.  no wykończy mnie jak nic. Finansowo nie damy rady udźwignąć trzech wyjazdów, bo szykujemy lot na Lofoty.  ale tak na prawdę nic nie widomo. na pewno. może się uda w czerwcu wyskoczyć do jakiegoś pięknego miasta na miastóweczkę. 



to było nasze ostatnie wspólne łażenie po Tatrach. 

Obrzydły mi Tatry w sezonie, łaziliśmy w maju i było cudownie, ludzi w sam raz...ale jednak jeśli w Tatry, to słowackie już teraz. 

Kolejka na Kasprowy i stoję prawie na końcu, cała na czekoladowo, ale jaka krótka, kurcze mieliśmy farta jakniewiemco, bo w mojej głowie ta kolejka się zawijała o wszystkie budynki i śmietniki w okolicy.


KOCHAM nasze TATRY od dziecka. i byłam absolutnie na wszystkich szlakach. zwisałam na wszystkich łańcuchach i wspinałam sie po wszystkich drabinach...

Ale powoli się już nie da żyć, ani w polskich Tatrach, ani w Zakopanem, które straciło swój charakter ... na zawsze.


u góry narciarze se szusują z Kasprowego, zapadam się po kolana i jednak kurteczka i glany...wtedy nosiłam glany w górach, ech to były czasy. Ale tak mnie te glany wtedy przeczołgały, że do dziś już nosze TYLKO dobre sportowe obuwie :-)))

a na dole w schronie słońce mnie spiekło, jak cholera. i takie som maje w Tatrach. albo raczej były.



To była nasza pierwsza wspólna majówka i cudowny wyjazd i śniegu sporo, jak widać, i słońca. Fajną też mieliśmy miejscówkę, blisko willi pod Jedlami, do której zaglądam zawsze, gdy jestem w Zakopanem. ZAWSZE.

tu se można poćwiczyć wspinaczkę, jest szkółka, to znaczy była...








a tu zdaje się Witkiewiczówka, gdzie pomieszkiwał Staś z ciotkami.

uwielbiam patrzeć na góry. to moja ulubiona pozycja.
Wtedy byłam czekoladowa. Jak te góry i chałupy.

Zdjęcia robił Naczelnik.