Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 sierpnia 2025

No śmierdzi, jak w Scanii. czyli koniec balu panno Lolu.

Niedziela. Szwecja.

Wszystko w tym kraju zamknięte. choć fika jest najważniejsza, i że nie mamy dzie zjeść lanczu. wkurwia mnie ta szwedzka komuna. czasami. 


 Apteczkę wozimy zawsze. Czasem coś się przyda a to plasterek a to czopek a tym razem ibuprofen, teraflu zatoki, syrop na każdy kaszel i pastylki tymiankowe oraz z porostu islandzkiego. Pełen zmasowany atak. Bo pół nocy męczył mnie kaszel. Spałam w norweskich skarpetach z merynosa i byłam zachwycona. Padłam więc o 22 a obudziłam się o 8. O matko. 

I niezbyt przyjemna była dla mnie ta droga. Z tyłu zakutana kocami. Półżywa i połamana. Nie ma o czym pisać. nie zrobiłam żadnego zdjęcia, tak było źle... Do tej chujni dokładała się chujnia pogodowa. 

Lało, mżyło i słoneczniło. Szwedzka pogoda jejmaać.

Jedziemy środkiem Szwecji między dwoma największymi jeziorami. 

Śpimy przy parku krajobrazowym lasy lasy lasy i cisza.

Ostatni nocleg również w głębokim lesie. i również szybko się zmyłam na górę w skarpetach z merynosa, zakutałam kołdrą po czubek głowy. 

i po raz pierwszy w nocy było ciemno !! 

a nasz namiot na aucie świecił, a już Naczelnik utyskiwał, że po co wziął lampki i latarki.

*

Poniedziałek.

Pyknęło nam 5000 km. 

Przeziębienie nie odpuszcza. I czuć, że to Skania. Śmierdzi radośnie krowim łajnem. 

Poza tym widoki jak zwykle. przyjemne. lasowe i intensywnie zielone. oraz pola zboża po horyzont.

W planie mamy sprzątanie auta. a że leje i popaduje, to musimy na trasie do promu zaliczyć choć jedno dłuższe okienko pogodowe, żeby wszystko wywalić na zewnątrz, jeszcze posortować, ułożyć i domyć. 

Mieliśmy na to 1,5 ej godziny i daliśmy radę. Nie lubię tego dnia za każdym razem. dnia zakończenia wyprawy i mycia auta. dnia powrotu. Tym razem, z powodu bardzo długiej trasy zostawiliśmy sobie aż trzy dni na Szwecję. żeby nie wracać na złamanie karku. a że kalifornia to nie kamper, to ogar poszedł szybko. i dzień cały był przed nami do wypłynięcia promu. Zatrzymaliśmy się więc na gorące jedzonko. miałam ochotę na zupę.







Restauracja była azjatycka, niedaleko Ystad. zupa najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam, bardzo ekstraktywna. na drugie małe babeczki z ciasta jajecznego w których były zapieczone krewetki. pycha. i oczywiście pachnąca herbata. 

Do Ystad mieliśmy niecałe pól godziny a czasu całkiem sporo więc zaparkowaliśmy na starówce. i poszliśmy do baru. nie często mi się zdarza chadzać do baru na drina ubrana w skarpety narciarskie do crocsów, kalesony do jogi, bieliznę termiczną, podpinkę do kurtki narciarskiej i ocieplacz a wszystko w dość mocnych kolorach. no ale ja jestem na wakacjach i jest mi zimno. Trudno świetnie.

Ponieważ Ystad zwiedzaliśmy już intensywnie, podczas pierwszej wyprawy, i wrzuciłam w posta pierdylion zdjęć, teraz tylko te


 


Na prom wjechaliśmy wcześnie 21.30 i ja udałam się prosto do kabiny pod gorący prysznic i myć włosy. tym razem w każdą stronę mieliśmy kanapy, nie łóżka piętrowe. więc po tygodniach niedostatku w niewygodzie spania w namiocie na dachu auta, doceniliśmy normalne warunki. 

Nawet nie zanadto bujało, bo zapowiadali huśtanie.

We wtorek o godzinie 5.30 Naczelnik wystartował po kawę i krłasanta. to nasza kolejna tradycja promowa. 

Punktualnie o 6.45 wyjechaliśmy z promu, tym razem nikt nas nie zablokował. po drodze jeszcze zdanie kalifornii, wstąpienie na obiad i ziuuu do domku. gdzie czekały stęsknione zwierzęta...i nasze łóżko. 

*

Wszystko było podczas tej wyprawy, i wzruszenie pięknem, i wkurw czasem, i zimno i goronc i absolutne piękno...i widoki których się spodziewaliśmy i nie spodziewaliśmy i zaskoczenie i łosie i renifery i Historia, odkrycia, przekraczanie granic własnych. i radość, że jeszcze potrafię i mi się chce. i ból i śmiech i niczego bym nie zmieniła, nawet tego auta na kampera, bo wielu niesamowitych dzikich miejsc nie dane by nam było zobaczyć. 

i tylko jednej rzeczy bardzo już teraz żałuję, BARDZO

że nie popłynęliśmy ribem na wieloryby :-( 

takim


Wiem, że nie mogliśmy, a nie mogliśmy, bo nie mieliśmy stosownych ubrań, a trzeba było mieć fachowe nieprzemakalne i ciepłe, bo wypływa na się na kilka godzin w ocean, więc chlapie i zimno. w 5 minut ludzie są mokrzy.  Ja to nawet nie mam takich ubrań. Naczelnik ma. dodatkowo pogoda była właśnie taka, jak widać na zdjęciach (a w lewym dolnym rogu na pierwszym widać, riba właśnie meandrującego w stronę pełnego otwartego oceanu...)


nie byliśmy na to przygotowani, na wszystko inne tak ale nie na taką jazdę.



a na tym domu w porcie na Lofotach namalowano pełen zestaw do ZOBACZENIA : wieloryby, orki, delfiny, ...ptactwo



Tak kurwa, byliśmy rozsądni, bo mogło się skończyć zapaleniem płuc  ALE ...
głupi rozsądek. 😭😭😭

i po co mi było jechać 6 tysięcy kilometrów.

Naczelnik uspokaja, że nie tylko zimno mogło być niedowytrzymania ale i sama jazda kilkugodzinna: wykupię ci riba w Ustce polatasz nim 20 minut i zobaczysz czy ci odpowiada. Mogły być tak, że dostałabyś ataku paniki i zechciała wysiadać na środku oceanu. Natychmiast. 
[jak on mnie dobrze zna]
.
.
.
obojętnie czy ribem czy statkiem, gdybym jednak nie dała rady, 
teraz nie mam wyjścia, muszę wracać ale jeszcze dalej na północ, po wieloryby, orki na wolności i delfiny... :-)

ciąg dalszy nie nastąpi. 
w tym roku.

sobota, 26 lipca 2025

Piękna Senja i przeprawa promowa


Senja przywitała nas. Nieco chłodniej ale słonecznie. Plaża z przepięknym widokiem na której rozciągnęliśmy nasze umęczone kości.

Pospaliśmy. I ruszyliśmy na jej zwiedzanie. Skorzystaliśmy z norweskiej podpowiedzi tras widokowych narodowych na tej stronie: https://www.nasjonaleturistveger.no/en

Mieliśmy tylko zagwozdkę czy jeden cały dzień jej poświęcić. Dużo tu pięknych miejsc do kontemplowania. No ale to zależało od tych miejsc i jak się potem okazało promu 😁.

Zjechaliśmy do tego miasteczka i wdrapaliśmy się na maleńką latarenkę 

Cusz to był za widok.







No i potem to już nam chmury deptały po piętach.


 Najwyższa góra 




Tu wisi nad autem, spektakl był niesamowity. 

Niestety w złotej toalecie się nie posikaliśmy, gdyż była zamknięta


No zgodnie z planem wszystkie topowe miejsca objeździliśmy, w góry nie poszliśmy w obawie przed deszczem, chmurami, wichurą, poślizgiem, zabłądzeniem...




Plaformy jednak są najlepsze, bo widoki są wprost boskie. we fjordach mają takie platformy.

Dotykam głową tych chmur. a spodnie mi wiszą na tyłku...

Po drodze zaliczamy jakieś małe knajpki portowe, sklepiki. No i mam komplet łyżek za 20 złotych z jakiegoś końca świata:-) żebyśmy znów nie musieli zajadać zupki chińskiej widelcami. 










Zdecydowaliśmy się jednak na przeskok promem na Andøya. Żeby zanocować już na campingu na Lofotach. Po 7 dniach włóczęgi należy nam się gorąca woda, normalna toaleta i odrobina spokoju i luxusu.

Promy odpływające z  Gryllefjord na Senji do Andøya na Lofotach są trzy. Nie za duże. W zasadzie to całkiem malutkie, jak na potrzeby turystów. Ostatni odpływa o 19.00 i odpłynął ... ale bez nas 😧

Wjechaliśmy wprawdzie na płytę 6 pasów dla aut ale już na dzień następny się ludzie ustawiali. I chuj. 

No to nic innego nam nie pozostało jak obstalować miejscówkę w pobliżu, tam zjeść kolację na ciepło, ogarnąć się i przyjechać ponownie. Bo toaletę w porcie zamykano o 22iej.

Wstaliśmy więc dziś o 5 i 5.40 byliśmy znów w porcie a tam kolejka taka, że wymiękliśmy. I zdaliśmy sobie sprawę, że się i na ten prom nie załapiemy. Czekało nas 9 godzin czekania do kolejnego promu o 15. ej. masakra.

Już nie spaliśmy, choć taki był plan. Poczytałam blogi, powysyłałam zdjęcia.

l poszliśmy na kawkę i śniadanko do lokalnej kawiarni z Lopisem 




Kupiłam stołeczek

Gryllefjord



A gdy nadszedł czas auto na luzie, niedopakowane, ustawiliśmy na 6 pasie i wtedy spotkała nas niespodzianka, podszedł pan z obsługi i poza kolejką zaprosił nas na prom. Bo upychali auta, jak sardynki w puszce i szukali 2 wypełniaczy a my im pasowaliśmy do konceptu.

 I tak dziś już jesteśmy na Lofotach.

Cdn



sobota, 27 lipca 2024

Ostatni ... Prom. Pod mostem Nad Sundem.

 

Najpierw zdjęcia z fińskiego promu. głownie wypłynięcie z Malme.

Pogoda była świetna, na rejs promem. I na trasie mijały nas inne promy.


pogoda prawie sztormowa zrobiła się tuż przy polskich wodach ale i zaraz po wypłynięciu nie wyglądało za dobrze, potem się wszystko rozeszło po falach.

Przepływaliśmy pod mostem nad Sundem. mijaliśmy farmę wiatraków na morzu nieopodal Malme...
(pokazałam ja na zdjęcie w pierwszym poście z podróży)

i ten most, to była największa atrakcja tego promowania. Wszyscy wiedzą,  że most nad Sundem łączy Szwecję z Danią i część trasy odbywa się pod dnem morskim. Most nad cieśniną Öresund to najdłuższy na świecie most łączący dwa państwa – stolicę Danii – Kopenhagę ze szwedzkim miastem Malmö. Niesamowity dorobek nowoczesnej architektury. Cała jego długość to 14 kilometrów.
[wantowy most drogowo-kolejowy o długości 7845 m, przebiegający nad cieśniną Sund, łączący stolicę Danii – Kopenhagę (a dokładnie Kastrup) ze szwedzkim Malmö. Drugi co do długości most na świecie łączący dwa państwa.]

Jechałam nim dawno temu, gdy byłam pierwszy raz w Szwecji i Danii. Na wyjeździe integracyjnym z firmy. Płynęliśmy promem całą noc, w ogóle nie spaliśmy, bo to był prom imprezowy. Następnie zwiedzaliśmy wybrzeże Szwecji ale po prawdzie tylko się przejechaliśmy autokarem. Potem największą atrakcją czyli mostem przejechaliśmy do Kopenhagi. ŁaŁ byłam pod wrażeniem choć oczywiście i w szoku. gdy nagle zjechaliśmy pod wodę. Zwiedzanie Kopenhagi. i powrót lądem. Całkiem zgrabna wycieczka. 

Obiecałam sobie to powtórzyć, ale bardzo bałam się mostu. 
Tymczasem ostatnimi laty tyle razy już przejeżdżałam przez tunele - mój rekord przejazdu padł w tym roku - 14 km pod dnem z wyspy na wyspę. z zaskoczenia.
że prawdę mówiąc te kilka kilometrów mostem pod dnem, nie strachuje mnie tak za bardzo.

*
A więc na Campingu w Lommie, 20 minut od przeprawy promowej, spędziliśmy ostatni nocleg w Szwecji.




Jakie to było przykre. Bardzo. wyjeżdżać z tak pięknych okoliczności przyrody, z plaży. Zwłaszcza, że ranek był spokojny, bezwietrzny i ciepły. był cudowny. zerwaliśmy się dość wcześnie, bo na odprawę promową musieliśmy dojechać. Przed nami rozpościerało się 9 godzin płynięcia promem. Po raz pierwszy w życiu za dnia. 
Wykupiliśmy opcję z jedzeniem na samym początku rejsu, zaraz po wjechaniu na prom. Takie śniadanie trwające ponad godzinę, że można jeść i jeść i wracać po dokładki i wracać i pić te soki, kawy....Pomimo zapakowania promu do ostatniego pasażera, nie było widać tej masy ludzkiej. Byliśmy w mniejszości, która nie wykupiła kabin. I słusznie. wyciągnąć się można było wygodnie na kanapach albo i na podłodze w restauracji i pić wino.... Kto to by siedział w kabinie przy takich widokach, zarówno z restauracji na dziobie, jak i z pokładów zewnętrznych.
Wyciągnęliśmy się wygodnie na kanapach i oglądaliśmy sobie filmy, ściągnięte przez Naczelnika przed wyjazdem, na te właśnie okoliczność. Mieliśmy własne przekąski. wodę, herbatę w termosie. Często wychodziliśmy na zewnątrz, poganiani przez zegarki, żeby się ruszyć...przeciągnąć się...przewietrzyć tyłki i dla pięknych widoków. 
Przepływaliśmy koło Danii, cały czas po prawej stronie mieliśmy Danię. i Rugii.
Szczególnie Rugia mnie interesowała, bo lubię Rugię. Byłam dwa razy z moim teatrem na festiwalu i uczestniczyliśmy w projekcie z naszymi niemieckimi przyjaciołami :-) z Sassnitz.
Rugię I jej białe skaliste wybrzeże świecące z morza, chciałam zobaczyć na własne oczy.  Koniecznie. i Sassnitz.
Pierwszy raz płynęłam promem w dzień trasą Malme - Świnoujście. to bardzo ładna trasa. Polecam.
Pod koniec przed wpłynięciem do portu w Świnoujściu, rozpętało się burzysko z piorunami i ulewa. Na szczęście po dobiciu w porcie, ulewy już nie było, bo przecież kamper stał na zewnętrznym pokładzie. Taki był tłok na promie. 
Trochę nam zajęło zjechanie z promu. A potem to standard, czyli obiadokolacja w naszej knajpce, gdzie mamy już swoją miejscówkę :-), i tankowanie. Jechaliśmy już na oparach, bo benzyna w Szwecji droższa a w Norwegii jeszcze droższa, w tym roku, bo w ubiegłym było dokładnie odwrotnie. 
I dotarliśmy wreszcie do ostatniej miejscówki w Kamieniu Pomorskim, w małym porciku. Późnym wieczorem.



i choć było ok 21 i u nas jeszcze jasno. 

I tak obudziliśmy się w niedzielę. wyspani. W nocy martwa cisza. jedynie fale jeziora.
Ogarnęliśmy nieco kamper, popakowaliśmy graty i w drogę do domu. gdzie czekała stęskniona Ciri, koty, Matkajadwiga i PanT. 

Ten ostatni wpis, robię już z domu. Bez polotu. bo i sytuacja nader chujowa.

ps
Ostatni prom, to tytuł polskiego filmu. Znałam osobiście nieżyjącego już Sławka Sosnowskiego, który to napisał. a film polecam.