Pierwszy dzień lata był.
międliło się bardzo. burza jakby wisiała nad nami ... słońce wyłaziło i chowało się ale duchota nie ustępowała. a
ale nie przeszkodziło mi to delektować się latem...
ani trochę. w sumie co mnie obchodzi jakiś pożar.
ja byłam przebodźcowana i miałam lato i reset. w zasadzie to mam nadal.
Wisiałam pod śliwą, pachniało wszystkim kwieciem ogrodowym, które teraz kwitnie, zapachy dosłownie odurzają. czytałam. podlewałam kwiaty w donicach, przesadzałam i podwiązywałam. za dużo nie zrobiłam, bo jednak taki parny dzień wysysa energie.
Naczelnik cusz, był w pogotowiu. tyle powiem.
Pod wieczór ale zdecydowanie za wcześnie, pojechaliśmy nad morze, do Rowów z Ciri i dojechali do nas sąsiedzi. połaziliśmy, (i tu niespodzianka) po wietrznej i chłodnej plaży, zjedliśmy lody i ...do domu, niestety. Słonce jeszcze nie zamierzało zachodzić.
nosi mnie w takie wieczory i dni.
A dziś zaczął się ostatni akt. Ostatni tydzień w placówce. Odrętwienie i niepokojące sny. Że nie widzę co za zakrętem, co się wydarzy, i brak kontroli. Do tej pory się toczyło utartym jednak torem...a teraz znów Rewolucja. zerwanie schematów. rytuał przejścia. i jakiś koniec. Nie pierwszy to raz.
Zaczynam kolejne życie. za tydzień :-)
*
Przyglądam się ludziom, aż chyba za bardzo. i robię diagnozy dla siebie, nie dla nich.
Kręci mnie obserwacja i wyciąganie wniosków. Które zatrzymuję dla siebie ale czasem się podzielę, na przykład dziś, gdyż sporo wisiałam pod śliwą w łikend.
[zapisuję te wnioski głównie ku pamięci i żeby nie pakować się w różne duszne sytuacje]
Ja wiem, że z wiekiem, to się wszystko kumuluje ale są jednak ludzie, którym się nic i nikt nie podoba. ... Nikt i Nic dosłownie. Przykro słuchać a najlepiej nie słychać, tylko politować się. Kiedy się tacy porobili? życie niespełnione, książę na białym koniu nie dojechał? społeczeństwo nie doskoczyło, nikt się nie poznał na talencie???
tacy ludzie mnie wysysają, wytrącają oręż z dłoni, denerwują i w dodatku najczęściej też są monotematyczni.
Zauważam też, że niekoniecznie tacy Oni skromni i wycofani,
uważają, że tembr ich głosu brzmi najmądrzej. obojętnie czy pisanego czy wygłaszanego. że każdą pracę mają chujową i nie płacą im geniuszom odpowiednio...że każda praca jest nieodpowiednia. dla nich arystokratów intelektu z urodzenia.
i Oni właśnie najczęściej nigdy nie wypowiadają się dobrze o innych NIGDY, bo chyba by im jęzor odpadł. Nigdy się nie zachwycają światem. przyswajają tylko to co podobne, odrzucają wszystko co odmienne.
ktoś kiedyś napisał? że taka odmienność kręci. pociąga, której samemu się nie umie. niemoje życie. dlatego gawiedź kręcą celebryci :-)
mnie nie kręcą
nie znam ich.
ja uważam nadal,
że opłaca się wychodzić ze strefy komfortu, ja bym powiedziała, że rutyny, przyzwyczajeń i urojonego bezpieczeństwa.
Tylko zastanawiam się po co mi ta empatia? przez którą nie mogę powiedzieć co na prawdę myślę. bo jak powiem, to się objawi matrona z lublina ze swoim bełkotem)):
I właśnie zazdroszczę takim co to robią vivisekcję i nic nie czują.
Dlatego przestałam być kompatybilna. to znaczy jeszcze nie przestałam, pracuję nad tym. i teraz zamiast łazić po polach, po ogrodzie, wisieć na hamaku, to ja się spuszczam w tym poście...nie wiem po co.
Życie mamy jedno, krótkie i nie czas na zastanawianie się co autor miał na myśli.
Czas na hamak i spacer z Ciri.
*Zdjęcia ze spaceru i ogrodu.
































































