piątek, 5 czerwca 2026

Najlepsze kasztany są na placu przed Hagia Sofia.

 Prosta historia obrazkowa o podroży.

Składa się na kilka ujęć. Mianowicie nasza wizyta w sklepie motocyklowym i zakup kurtek.  A potem już moje ulubione lotnisko i lot Lotem do Konstantynopola. 

Lotnisko na którym wylądowaliśmy, to najnowsze i ogromne o jakże zaskakujacej nazwie Stambuł. Ha. Ponad godzinę zmitrężyliśmy na wydostanie sie z niego, w zasadzie biegiem, gdyż czekała na nas limuzyna z niebem w środku, ktora nas zawiozła do hotelu. Uwaga lotnisko jest wielkie i rozległe i na prawdę bierzcie pod uwagę rozmiary, w swoich planach, jakby co. My bierzemy kalkulujac powrót godzinowo.





Limuzyną jechaliśmy ok40minut, potem nastąpiło wybieranie pokoju, mamy malutki ale z balkonikiem i takim widokiem na ulice jak powyżej. Pasuje mi. Plusem dodatnim jest cisza i spokój. Wysypiamy sie.

Okolice hotelu

Poszliśmy ok 23ej na pierwszy spacer bo Hagia Sofia dosłownie za plecami hotelu. 




Już wiadomo, że miejsce w walizce na poduchy a nawet kobierzec jest.


A oto słynna Hagia jak się okazało remontowana, także cały show skradł Błękitny meczet. Z latającymi nad nim ptakami.
  

Na fb utykam filmy




A po spaniu jak susły rano wychodzę na balkonik i widzę te same ulice już mniej urokliwe. 
Za to śniadanie bardzo dobre i urozmaicone. Pojedliśmy owszem i Poszliśmy spać...do 13. Ha. 
Zebraliśmy się i ruszyliśmy w miasto.



A potem nastąpiło mydło powidło i kadzidło.




Pierwszy sok z granatu. Pychaaa
I pierwsze kasztany i też pycha.










Bazar. A w samym środku ja.


 oaza spokoju.

No i rejs promem po cieśninie Bosfor. Nareszcie. Było pięknie.

Z portu Widać wieżę Galata.



Most Galata



Buty czyste bo wypastowane. 
😂😂😂





Cd dnia wczorajszego nastąpi. Bo daliśmy czadu do 24ej. A dzis też od rana pałac Dolmabahce i to jeszcze nie koniec.

W każdym razie jestem zachwycona Stambułem.

środa, 3 czerwca 2026

Czerwcówka. pod szyldem Bizancjum.

Dzisiejszy poranek przyniósł podsumowania dnia wczorajszego w kwestii odpierdalania maniany przez blogera. Otóż dobrze wiem kto pisze i z jaką częstotliwością i będę ręcznie szukać. z Każdym jest kłopot. ci co codziennie, to będzie wskakiwał co trzeci post...a ci co nie za często to...niewiadomokiedy.

Natomiast ja uprzejmie donoszę, że dziś wylatujemy i będę pisała i wrzucała codziennie relacje ze Stambułu. no chyba żebym nie miała czasu. Ale takie jest moje założenie blogowe, pisać jak najczęściej... może nawet kilka postów dziennie. ze zdjęciami. skoro wskakuje co trzeci :-)) zobaczę. 

*

PISAŁAM WCZORAJ, WE WTOREK , że : ten chuj blogger nie aktualizuje mnie już w ogóle !!! Znikłam. innych też. więc jest odpychająco Nadwyraz. zaraz się obrażę i przeniosę gdzie indziej. na inną platformę.

a tak dobrze żarło...aż się zesrało. czy tak musi być? zawsze ? 

Postanowiłam tak długo publikować jeden post, aż się odwiesi. :-))) co godzinę ten sam post. cały dzień, tylko żebym nie zapomniała😅🫣

ale nie wiem czy to ma sens. (nie miało więc tego nie robiłam wczoraj czyli we wtorek)

 W każdym razie zaraz dojdę do wniosku, że nie będę się wkurzać, pierdolnę te pisaninę  i pójdę na spacer. i tak to się skończy.
[posta pisałam bardzo rano we wtorek, gdyż zapomniałam wziąć melatoniny i mnie zwlekło o piątej 🙈to go opublikuję w nocy? albo jutro? czyli dziś w środę.]

Wkurza mnie to. jednak. bo nie widomo jak tu pisać.




[ PISAŁAM O PONIEDZIAŁKU ] Obudzam się pierwszego czerwca w zielonościach i dniu urodzin MJ. Tak, matka ma urodziny w Dzień Dziecka. Życzenia były a dziś (wtorek) przyjeżdża więc kwiaty będą i słodkości. Nie mam pomysłu na prezent. a raczej mam ale sobie go pekapem nie zabierze. nic się Wczoraj(poniedziałek)ciekawego nie wydarzyło. Czas biegł od punktu do punktu. dosłownie. i biegł na czas, że dostałam zadyszki. Dziesięć godzin napierdalanki. Najbardziej potrzebny był masaż. po którym zrobiło się nieco lepiej. 

Czerwiec pod szyldem Bizancjum. jeszcze wczoraj (poniedziałek) ogarniamy różne sprawy. ubezpieczenie, przelewy na rewoluta. jakieścoś. MYŚLĘ intensywnie. żeby nie zapomnieć.
Zmęczenie. Rozdrażnienie. Padnięcie w okolicach dwudziestej, po powrocie do domu. I wreszcie zjedzeniu pomidorówki, która się przejechała ze mną autem w te i z powrotem. mam nadzieje, że sraczki z tego nie będzie.

ach kupiłam czapkę z daszkiem. czarną. 

**
ŚRODA, czyli dziś rano w dniu wyjazdu, pisze o wczoraju:
 
osiem godzin w oszalałej z powodu przyjazdu ministry placówce, i krótka wymiana  zdań prawie jak ognia, 😂 w samo serce: Ja przepraszam, że zostawiłam papier i uciekłam a ona, że przeprasza ale już kogoś znalazła na moje miejsce. kurtynka. także uff. chyba już rozmawiać nie musimy. wiadomo o co chodzi.

A dziś mnie tam nie ma. na SZCZĘŚCIE, ja dziś ląduje w Konstantynopolu. 
[bo w placówce, jak zwykle dzieci i nauczyciele dla których ministra przybyła z nowym, jak zwykle zajebistym pomysłem szkoły przyszłości 🤣🤣🤣🤣
otóż w tej placówce, w trakcie odbywania się prezentacji na sali gimnastycznej, kto przeszkadza? l kto jest niepotrzebny i tylko śmieci i psuje powietrze?? no macie jeden strzał.
🙈

Potem w ukropie wlekłam auto do mechanika, bo w czasie naszej nieobecności sobie ponaprawia. W domu drugie podejście do pakowania już na ostatnich nogach ze zmęczenia. i trudne decyzje w kwestii butów. znaczy ile par i czy tradycyjnie trzy. 

MJ dotarła na wieczór, 
dostała wielki bukiet kwiatków. zjadła kolacje, wypiła kieliszek białego wina za swoje zdrowie. 

Cały dzień kicham, oho dawno nie byłam chora, podziębiona i nie miałam Gila, myślę sobie. 
na wieczór dostałam gila...więc tablety, witaminy c i do wyra. 
Czytam Siembiedę zarzuconego "Miejsce i imię.
Dwa dni skorzystałam z zamrożenia w językach wszystkich trzech. dziś po kolei jeszcze odrobię lekcje.

Możliw, że polecę z gilem. bo obudzam się dziś w środę i nadal jest...
Za to na okoliczność gila nabrałam dystansu do wszystkiego innego. zwisa mi zarówno walizka z ciuchami, zabraknie, 😜 to sobie kupie markowe podrobione na tym ichnim big ryneczku. i już.
Odpalam tablecika i patrzę co tu ściągnąć na podróż, film, odcinki??

Przekopuję kosze z tabletkami, okazuje się, że furaginy i inne, których nie używam ale w domu warto mieć na wszelki wypadek i na wyjeździe zwłaszcza, są przeterminowane. po drodze musimy zajechać do apteki. mycie głowy, malowanie paznokci, dopakowanie walizki, elektroniki i apteki i ziuuuu

No to odezwę się z Konstantynopola :-)
tylko nie wiem kiedy się post wyświetli 😅
Powtarzam na wszelki wypadek, że zamiaruję pisać i wrzucać codziennie.
 tak mi dopomusz widomokto. 
 


wtorek, 2 czerwca 2026

Majowka i koniec maja. Zawiesiło się...


APDEJT.

to jest próba mikrofonu, czyli post będzie wskakiwał, jak tylko mi się przypomni. przez cały dzień. i zobaczymy co się stanie. potem wszystkie powtórki usunę. jeśli ktoś chce komentować to pod pierwszym, TU.

*

  Na winiecie moja miejscówka, czyli widok na zieleninę z tarasu. i motto życiowe obowiązujące w czerwcu i w życiu :-)

VERBENA


Maliny co roku przycinam do samego spodu, bo nie chcę, żeby zasłaniały widoki, wreszcie wyrywam i oddaje a one ...wracają, jak bumerang, niewiedziećczemu??


takie plany widokowe z łoża. 
głównie na te cholerne, tępione nagminnie a tymczasem coraz większe paproty. noż...


Niedziela, jak napisałam wczoraj, dała mi w kość i to tak, że dziś ledwo wstałam z łóżka. 

nieoczekiwanie dla samej siebie Nabrałam szwungu. W sobotę, jakoś odpoczęłam chyba i w głowie ustawiły się priorytety... i jednak, że muszę, bo przecież nie ma wyjścia i nie ucieknę od tego. jest plan i trzeba. dobrze, że z przyjemnością przesadzam, wsadzam, dosypuję, i ogarniam.

Na początku było tak, że Naczelnik się zerwał skoroświt i pojechał na zawody strzelnicze. a ja coś tam już markowałam ruchy od rana, głownie w łazience. czytałam też i pisałam. dzień wstawał słoneczny, przyjaciele dzwonili już o ósmej, że dziś mało ludzi  na tych targach kwietnych. to pojechałam. 

Piwonię kupiłam białą. bo tak się do mnie uśmiechała :-)







i stokrotki afrykańskie, surfinie, petunie, lobielie (zapomniałam o fuksji) nie kupiłam goździka, za to kupiłam pachnące heliotropy, niecierpki i pysznogówkę, begonie, pomidory, jeżówkę, może tym razem przetrwa, i jeszcze kilka kolorowych kwiatków, które zdecydowanie poprawiły mi nastrój. Na razie chciałam tylko zapełnić donice i skrzynie. i udało się zapełnić wszystkie puste donice. Przemeblowanie planuję na jesieni.

 (natomiast wsadzanie pierdyliona kfiatków w pełnym słońcu do donic i wkopywanie w skrzynie, mnie nieźle umordowało).

Dobiłam się sprzątaniem dołu chałupy z parownicą w garści. podłogi i takie tam. skończyłam więc słuchać Siembiedy "Orientu, prychając i śmiejąc się w głos. i padłam byłam. najpierw na kanapie, wytrzymałam podróże naszej Ewy Zubek. I tyle.

Poprzedni post KLIK  nie ujrzał światła dziennego na innych blogach. od 24 godzin. blogerze wstydź się. może temu się uda.

No nie udało się znikłam ze wszystkich blogów...więc się pobawimy w projektowanie, wrzucam go jeszcze raz. i tak do usranej? co godzinę.

i kiedy Czerwcówka w takim razie ? a zwłaszcza relacja z podróży w Bizancjum?

poniedziałek, 1 czerwca 2026

ostatnia majówka. i jakie plany na czerwiec? ano takie, jak widać :-)

APDEJT.

to jest próba mikrofonu, czyli post będzie wskakiwał, jak tylko mi się przypomni. przez cały dzień. i zobaczymy co się stanie. potem wszystkie powtórki usunę. jeśli ktoś chce komentować to pod pierwszym, TU.

*

 Na winiecie moja miejscówka, czyli widok na zieleninę z tarasu. i motto życiowe obowiązujące w czerwcu i w życiu :-)

VERBENA


Maliny co roku przycinam do samego spodu, bo nie chcę, żeby zasłaniały widoki, wreszcie wyrywam i oddaje a one ...wracają, jak bumerang, niewiedziećczemu??


takie plany widokowe z łoża. 
głównie na te cholerne, tępione nagminnie a tymczasem coraz większe paproty. noż...


Niedziela, jak napisałam wczoraj, dała mi w kość i to tak, że dziś ledwo wstałam z łóżka. 

nieoczekiwanie dla samej siebie Nabrałam szwungu. W sobotę, jakoś odpoczęłam chyba i w głowie ustawiły się priorytety... i jednak, że muszę, bo przecież nie ma wyjścia i nie ucieknę od tego. jest plan i trzeba. dobrze, że z przyjemnością przesadzam, wsadzam, dosypuję, i ogarniam.

Na początku było tak, że Naczelnik się zerwał skoroświt i pojechał na zawody strzelnicze. a ja coś tam już markowałam ruchy od rana, głownie w łazience. czytałam też i pisałam. dzień wstawał słoneczny, przyjaciele dzwonili już o ósmej, że dziś mało ludzi  na tych targach kwietnych. to pojechałam. 

Piwonię kupiłam białą. bo tak się do mnie uśmiechała :-)







i stokrotki afrykańskie, surfinie, petunie, lobielie (zapomniałam o fuksji) nie kupiłam goździka, za to kupiłam pachnące heliotropy, niecierpki i pysznogówkę, begonie, pomidory, jeżówkę, może tym razem przetrwa, i jeszcze kilka kolorowych kwiatków, które zdecydowanie poprawiły mi nastrój. Na razie chciałam tylko zapełnić donice i skrzynie. i udało się zapełnić wszystkie puste donice. Przemeblowanie planuję na jesieni.

 (natomiast wsadzanie pierdyliona kfiatków w pełnym słońcu do donic i wkopywanie w skrzynie, mnie nieźle umordowało).

Dobiłam się sprzątaniem dołu chałupy z parownicą w garści. podłogi i takie tam. skończyłam więc słuchać Siembiedy "Orientu, prychając i śmiejąc się w głos. i padłam byłam. najpierw na kanapie, wytrzymałam podróże naszej Ewy Zubek. I tyle.

Poprzedni post KLIK  nie ujrzał światła dziennego na innych blogach. od 24 godzin. blogerze wstydź się. może temu się uda.

no nie udało się znikłam ze wszystkich blogów...więc sie pobawimy w projektowanie, wrzucam go jeszcze raz. i tak do usranej.