Nie przesadzajmy z tymi ciuchami. Żadne tam szaleństwo.
Gładkie, niemalże klasyczne, bo takie lny lubię.
Natomiast bardzo mi podeszła bluzka bezrękawnik w cytryny.
O CELEBROWANIU ŻYCIA I ŚWIATA...
Nie przesadzajmy z tymi ciuchami. Żadne tam szaleństwo.
Gładkie, niemalże klasyczne, bo takie lny lubię.
Natomiast bardzo mi podeszła bluzka bezrękawnik w cytryny.
Zakupiłam sporo lnianych ciuchów, fajnych od ulubionych marek. post się obsunie, bo chcę pokazać foty? e nie, następnym razem.
w sumie i tak mało zakupiłam, bym wyniosła z tego sklepu, gdyby finanse pozwalały ...uuu i jeszcze więcej. Miejsce jest:-) w mojej garderobie. Zrobiłam.
no ale, że już kolekcje jesienne(😮😮😮) się pojawiły, to było TYLE różności na wieszakach, że się pogubiłam.
Swoją drogą ludzieee powariowaliście, jakie jesienne, ja jeszcze wakacji letnich nie zaczęłam na prawdę, bo przecież ten skisły lipiec się nie liczy.
postanowiła w obliczu zmian pogodowych i w ogóle różnych hipotez na przyszłe armagedony, Cieszyć się tym co mam. lepiej nie będzie. No ale jak tu się cieszyć tak do końca, skoro ciśnienie mieli, jak cholera a ogród gnije i hamak i taras zalewa ... ???
do tego różne nieszczęśliwe przypadki, które trzeba rozchodzić.
no mus rozchodzić w różny sposób, jogą, fizjo i ... plotami.
a wczoraj to odwiedziłam sąsiadkeOlę i jakoś tak wyszło, że obaliłyśmy jedno białe letnie wino...w ramach rozchodzenia. ofkorsss
ja dziś teatr, fryzjer i Impreza. w ramach rozchodzenia.
😎
ps
co ja napisałam, że fizjo się popłacze, nie no było całkiem odwrotnie, ja się popłakałam. i w nagrodę dostałam śliczny wisior zakupiony na moście Karola w Pradze :-)
Skończyłam wczoraj ogar pracowni, i jestem z siebie dumna. i w pewnym sensie na ukończeniu ogar sypialni, bo na środku leży już walizka z częścią ciuchów wyjazdowych. Zaczęłam układać i wrzucać. Rozpoczęły się też tradycyjne poszukiwania butów do pływania...tym razem muszę je zabrać, gdyż plaże greckie na tej wyspie to głównie żwirownia.
Przymieszam, paruję i planuję co powinnam sobie nabyć. ewentualnie. dziś przegląd koszulek, do wywalenia, do noszenia, do na wyjazd. i zaglądam do ulubionego włoskiego sklepu. zapewne coś mi w ręce wpadnie. potem masaż. ostatni przed wylotem. przyda się, spinka po ukąszeniu ogromna. fizjo się popłacze.
Na nowo ułożyłam plan tygodnia.
[Gdy z 10 dni przed wylotem wypadają ci trzy. plany ulegają zmianie.]
i w ramach nowego planu wyszło, że
Zmuszona byłam wczoraj skorzystać z centrum handlowego...i przeżyłam. Kartka była przygotowana więc siem jej trzymałam ale jak już byłam, to się przedzierałam przez te tłumy turystów ze wszystkich stron świata. dosłownie. u nas od 2 dni leje i wieje, więc na plaży nie poleżą.
wszyscy w GH Jantar. Masakra. kino też pełne.
No i rezydujący tu znajomi, też się odzywają...przykro mi, ale odmawiam współpracy, za dużo już mamy poumawianych spotkań i imprez i dwa dni koncertów. i Matkajadwiga przyjeżdża i pakowanie i zakupy i sprzątanie... nie mam już tyle siły co kiedyś 😅😂
za to mam znacznie większą asertywność.
[swoją drogą, dziwią mnie ludzie, których sto lat nie widzieliśmy i Koniecznie !!! chcą do nas na kawę przyjechać DZIŚ, a dzwonią też DZIŚ srana w dupie mając nasze plany...a może to ja jestem dziwna??]
*
Ręka jeszcze pobolewa i zielony siniak całkiem spory nadal widoczny, nie w pełni sprawna...no to jest jednak potężna dawka jadu, nawet jak na ludzkie warunki. sobie nie wyobrażam, co czują mniejsze zwierzątka, i mordowane osy, pszczoły...świat jest wyjątkowo chujowo pomyślany.
Od piątku, po wytrzebieniu wszystkich osobników, ani widu, ani słychu tego sparszywiałego towarzystwa. Nie ma. nie latają, nie krążą, nie wlatują. nie czają sią. dotarłam rurą od odkurzacza we wszystkie zakątki. w rękawicach spawalniczych obrabiałam kosze z różnymi bambetlami, na przykład rzeczami do jogi, klockami, pasami...Dotarłam wszędzie i nie ma szans, że jakiś się uchował. Na tym wkurwie działałam i na strachu.
A przyznam się, że w swojej głupocie RATOWAŁAM szerszeniowe osobniki śnięte, wędrujące po pracowni, po podłogach...wywalam za okno. pozwalając im być bardzo blisko, na przykład mojej twarzy. mam taki odruch ludzki, ratuję pszczoły, bąki, choćby nie wiem co. nawet osy.
Gdy jeden śnięty szerszeń spadł mi na spory parapet za oknem pracowni, Nagle wyskoczył pająk, zapewne uznając go za łatwą zdobycz, ale nawet nie dobiegł do szerszenia, tylko zawinął się w locie i spierdolił równie szybko, a nawet szybciej ... mądry pajączek.
i nadal w trakcie...
okna umyte. i od razu lepiej. widać.
Jeśli ktoś myśli, że zrobienie generalnego porządku w mojej malutkiej pracowni, to jest bułka z masłem pisofkejk, to jest pozbawiony wyobrażenia z czym mamy do czynienia :-) Nazbierało się. pamiątki z podróży. z teatralnych wyjazdów, scenografii, wykwity własne, ptaszki, kubki z pędzlami, formy do gliny, .. i jak to w pracowni, wszystko się przyda.
[Nie jest to przypadek, że artyści mają osobne duże pracownie. a nie jedno pomieszczenie w domu. ja od początku myślałam o oborze. i w planach była obora. ale się zesrało. na razie.]
tymczasem każdego ptaszka otarłam z kurzu a szkło przemyłam pod prysznicem...jestem bohaterką.
[Poza tym chyba zrobiłam błąd, że akurat teraz w lipcu się zabrałam za te porządki. to jest robota na miesiące ...no nic. brnę w to dalej. już teraz muszę.]
łikend w tym zakresie zmarnowany, bo rączka jednak osłabiała organizm (jedno okno i półki i belki dałam radę), ale jestem usprawiedliwiona, bo głównie spałam po lekach. i nie ma co tu bić piany. Niestety jeszcze nie wyjmę walizy i nie będę wrzucać ciuchów, sprawdzać czy odświeżać, i kojarzyć par wyjazdowych, bo nie mam miejsca na walizkę ... jeszcze w sypialni. na podłodze leżą pokotem antyramy i stoją podobrazia oraz sztalugi.
[już widzę, że chwasty zostawię dla MJ. przesadzanie kwiatów zrobimy razem. w następny łikend. chyba.]
no i muszę odstawić w cholerę te tabletki. ręka wprawdzie jeszcze pobolewa i w dodatku swędzi. 🙈 a nawet Bardziej. ale nie wyobrażam sobie funkcjonowania w pracy i w tygodniu na prochach.
muli mnie i mało jadłam.
*
Tak sobie niefrasobliwie zakończyłam post wczorajszy. a tu bolesna historia się wydarzyła i mało zabawna.
i nie chcę robić dramy ale dzień wczorajszy nieco mnie Zaskoczył. bo inaczej to miało wyglądać. Szerszeń europejski wtoczył swój jad w przegub mojej lewej ręki, znienacka gdy ogarniałam pracownię. w domu. owszem kręcą się dziady, masowo zdychają same, albo łażą śnięte. miałam dla nich litość ale już nie mam. trup ścielił się gęsto, gdy już wróciłam do domu i zaobserwowałam, że wlatują do sypialni, jak do siebie. osiem sztuk zginęło od laczka.
i nabyłam letką fobię. przy okazji. bo latają też szerszenie azjatyckie, olbrzymy. ich ukąszenie musi być jeszcze bardziej bolesne.
a Naczelnik nie może zlokalizować gniazda, według mnie słabo się stara.
Ból był tak silny, że po pierwsze, gdybym się nie wstydziła w poczekalni do lekarza, to bym wyła w głos i wrzeszczała, jak małe dziecko. Serio. przypomina przypalanie ogniem albo złamanie, po uderzeniu tępym narzędziem. ręka czerwona i spuchnięta do łokcia, a to tylko jeden strzał w nadgarstek, i nadgarstek w zasadzie sparaliżowany i palce też. promieniuje i wżera się w nerwy i ścięgna. a w domu żadnych tabletek przeciwbólowych. ludzie mnie wpuścili bez kolejki na wieść co mnie użarło. dostałam ketonal duo, inne tabletki na zapalenie co 12 godzin...maść ze sterydami, i żel z arniką...zastrzyku odmówiłam, gdy się potwierdziło, że nadal nie mam dużej reakcji uczuleniowej i alergii.
Nie wyobrażam sobie pogryzienia w twarz, szyję czy większej ilości ukąszeń, bo widomo, że jeden dziad może uchlastać wiele razy. dodatkowo nie pomaga świadomość, że jedno ugryzienie może doprowadzić do zejścia, zgonu, wstrząsu anafilaktycznego. gdy ma się pecha.predyspozycje.
Całkowita zmiana planów. zero roboty jakiejkolwiek, bo ręka niesprawna. auto prowadziłam drugą ręką. poszłam wcześniej spać. i po piątku. a dzień był akurat taki piękny, że i rowerem mogłam jechać i nad morze...
Także Uważajcie ludzie. nie ma żartów.
*
Naczelnik za to pojechał zaraz po pracy a potem na noc na Mierzeję Wiślaną...zupełnie mu odwaliło. po bursztyn ofkorss. choć mówiłam mu, że wstrząs mnie dopadnie zaraz po jego wyjeździe. wrócił ok, 6ej. nie śpię więc od szóstej.
Dziś dużo lepiej. ketonal i do roboty. zostało jedno okno, dwie półki i cały regał oraz trochę kartonów do ogarnięcia. zdejmuję wszystko z półek, oglądam zdjęcia, zmieniam oprawy.
Myślę o pracowni w sensie dołożenia drzwi na prowadnicy. na razie wisi kotara lniana, z grubego lnu...bardzo lubię industrial. uzyskałabym pomieszczenie do spania również. na materacach wprawdzie ale wyizolowane. Ja chciałam sobie spać na hamaku uwieszonym na belkach ale nie wszyscy lubią choć jedno drugiego nie wyklucza.
[i dlatego już teraz zakupię rolety takie same jak na dole i takie same, jakie zamawiam do teatru. bo jak to w pracowni są same okna i dużo światła.]
Konieczny jest remont górnej łazienki, ale obiecałam sobie, że tym razem sama wylepię umywalkę i kafle, więc jeszcze nie.
lipiec bez nikogo mi się marzy w teatrze. w zamian będę miała kawałek sierpnia. bo wszyscy na urlopach. to wtedy polepię.
ps
zobaczyłam sobie wersję filmową "Inferno. dla scen końcowych z Hagia Sofia i Cysterną i dla Wenecji. Film jednak słaby, zresztą książka też nie powaliła. choc podoba mi się przesłanie.
stan rozgrzebania wystąpił na wielu frontach.
Uwielbiam zakładki do książek, ze Stambułu przywiozłam kilka.
te wystające nogi dostałam w prezencie:-)
Pociągnęłyście moje drogie temat adaptacji filmowych lepszych lub równie dobrych co oryginał literacki i padły przykłady filmów dla mnie ogromnie ważnych, które uwielbiam, w tym arcydzieła literackie i filmowe:
Przeminęło z wiatrem, Tańczący w wilkami, Zielona mila, Smażone zielone pomidory, Pożegnanie z Afryką,
no i zamyśliłam się nad tematem i po drodze przychodziły mi kolejne... i jest ich całkiem sporo. zacznę od podwórka tutejszego, więc Trylogia Sienkiewicza, która dla mnie jest przykładem, jak z gówna (eksjuzemła)można jednak bat ukręcić a nawet film, który jest rewelacyjny. Wszystkie trzy. bajdełej.
Ziemia obiecana.
Chłopi. zwłaszcza ostatni.
Lalka. czekam na kolejne.
Rękopis znaleziony w Saragossie, Uwielbiam.
[ i właśnie sobie wyjęłam z księgozbioru kolejną książkę do stosiku pod łóżkiem, do której z radością wrócę czyli biografię autora Rękopisu ... Jana Potockiego, François Rosset, Dominique Triaire w tłumaczeniu Anny Wasilewskiej. I to ona też przełożyła przygody Alfonsa, wersja z 1810 (2025). ostatnie wydanie. bo jak widomo Potocki napisał go po francusku. Jak mnie takie typy kręcą, no. zdarza się, że autor bywa ciekawszy od swoich książek ;-) lub bywa wilkołakiem.]
No i filmy, dzięki którym już nie trzeba czytać książek :-) lub zachęcają do przeczytania.
Kultowe : Forrest Gump, Lśnienie, Podziemny krąg, Ojciec chrzestny, Czas apokalipsy, Lot nad kukułczym gniazdem, Dziecko Rosemary, Wybór Zofii,
Mechaniczna pomarańcza, Piękny umysł, Co gryzie Gilberta Grape,a, Milczenie owiec, Skazani na Shawshank, Trainspotting,
Na zachodzie bez zmian, Chłopiec w pasiastej piżamie, Wszystko za życie, Wielki Gatsby.
jeszcze dodam Godziny, którymi się karmię całe życie, Kroniki portowe,
Harry Potter,
Władca pierścienia...
[stosik pod łóżkiem składa się z książek przeczytanych, zaczętych, nieprzeczytanych, porzuconych i tych do których lubię zaglądać... miejsca nie ma już na szafkach nocnych, to zakupiłam stołeczek a rośnie, bo nie mam już miejsca w biblioteczkach]...
Leje.
Leje
LEJE. na prawdę. zaczęło na poważnie wczorajszym popołudniem.
a dodatkowo frustracje pogłębia syrena. będą dziś tak wyć cały dzień. bo dostałam alert cbd to wiem.
Oboje z Naczelnikiem padliśmy wczoraj w tym deszczu na kilka godzin, ja w sypialni się tylko na chwilkę położyłam z czytadłem, a Naczelnik na dole też tylko na chwilkę sobie zrobił przerwę w oglądaniu...i obudziliśmy się ok 19ej. i szlag trafił plany.
Skończyliśmy Siostry... :-((
tyle powiem.
a potem byłam tak wytrącona z przytomności umysłowej, że zasypałam czereśnie... bułką tartą...dziś pokazuje Naczelnikowi, że coś kupił ten cukier dziwny...to mi wyjaśnił na czym polega dziwność tego "cukru. Teraz będzie miał używanie. na wszelkich imprezach.
corpus delicti.macie jakieś wtopy podobnego rodzaju ?
Sobota jeszcze była offline.
dlatego udało nam się skończyć pierwszy sezon "Sióstr na zabój. fantastico.
i trzeba było zostawić i napawać się tym pięknym zakończeniem. ale mi się czereśni rwać nie chciało. i zaczęliśmy sezon drugi i się kurwa rozpętało... piekło i szatani :-)
nooo powiem wam, że nie można się oderwać za cholerę. czego też doświadczyliśmy w niedzielę. muza świetna. napięcie rośnie.
Zrobiłam małosolne i już dziś zamierzam jeść :-)
apropo,s mało zjadłam, ogólnie mnie z jedzenia wysadziło. nobo skoro mdli, to wiadomo.
(w ciągu 2 tygodni 4 kilogramy, plan zakłada do wyjazdu minimum 8kg a wszystko idzie zgodnie z planem)
"Imię róży" w papierze a nawet uchu, tak, zdecydowanie Tak, niemniej film zdecydowanie bardziej Tak :-) Tak. może tytułem pierwszeństwa? a nie, po prostu był Znakomity. pod każdym względem, no i nie będąc dziadersem nie uważam, że literatura jest zawsze wyższa od obrazu. bo to gówno prawda.
Tak się żachnęłam, że Literaturę trzeba czytać. i szkoda mojego życia na chłam. choć po prawdzie robię wszystko a nawet więcej, żeby gonić, gonić i żeby litery przez większą część dnia ganiały po mojej głowie. wyobrażam sobie i wchłaniam wszystko, wiedzę, krajobrazy, mądrości ludowe, okropieństwa wojenne, mordy rytualne i zwyczajne mordy, płaczę ze śmiechu, wyjaśniam sobie siebie, zabawiam w psychologa a chciałabym się też delektować częściej : finezją i poezją. i tak zrobię.
Och, staram się unikać.
na przykład polityki. ale nie unikniesz do końca ...Naczelnik mi pewien film komentujący pokazał i już się przestraszyłam. już mi się w sercu ciężej zrobiło a w nocy dusiły koszmary, że uciekać musimy...sąsiedzi po 70ce mówią : my nigdzie nie będziemy uciekać w razie czego. no ja będę. w razie czego. przede mną jeszcze sporo. życia. ja planuję żyć do setki. jak MJ.
[przesadziłam kliwie do starej ceramicznej donicy po agawie.]
Ponieważ zamierzam sobie ten przedsionek wakacji uczynić z całego mojego życia :-) zawodowego. a potem oczywiście wakacje. :-))
dlatego żadnych propozycji pracy w placówkach nie przyjmuję. nawet najbardziej intratnych. KONIEC to koniec. no chyba, że zatęsknię...ale wątpię.
**
niedzielka srelka.
poniedzialek srałek
wtorek potworek
środa ...
no tak to sobie można zesraćprzesrać cały tydzień. grunt to nastawienie. wiadomo. a ja nastawienie mam wyśmienite.
Wielbię Lato za morze pod nosem :-) nad które mogę wyskakiwać każdego dnia, gdy gorąco, choć po prawdzie basen sąsiada jest bliżej. za możliwość zmiany pościeli co tydzień a nawet i codziennie, i że pościel pachnie latem. bo dynda na sznurach. aktualnie kosze z ubraniami opróżnione.
W niedzielę słońce od rana i nie zamierza padać, za to wieje przyjemnie, to piorę dywany kilimowe wełniane. bieżniki wełniane. wschodnie klimaty dynadają na sznurach.
W chałupie zmieniłam wystrój na letni rybny.
Naczelnik się z wsiowymi motorzystami spiknął i pojechali do Śledziowej Zagrody i dalej w chaszcze. ja się nie wybrałam, ja miałam plan do wykonania i szlus. poza tym Ciri, wiadomo. jeszcze nie może zostawać sama... może tylko na rowerek wyskoczę.
Zbierałam maliny i zrywałam czereśnie a w trakcie atakowała mnie Lucyna. niespiesznie sie powłóczyłam po domu i ogrodzie słuchając przygodowej powieści w stylu "Bezcennego, powiedzmy albo Knoxa ale dużo słabiej napisanej(na czas migreny wystarczająco).
Rozgrzebałam pracownię do spodu. dawno tego nie robiłam, i utknęłam. zdaje się, że się przedłuży. Nie pojechałam ani nad morze, ani na rower. Zajęta byłam domem. i grzebaniem.
oglądałam zdjęcia i prace do oprawienia. Nie zapomniałam też odpocząć. lenić się. pospać po południu ... uch. co za komfort.
Wieczorkiem delektujemy się czyli wciągamy kilka odcinków "Sióstr na zabój.
Dziś planuję pojechać do teatru na rowerze ale jakoś pogoda nie pewna... a teraz właśnie leje.
[no współczuję wczasowiczom nad morzem. tak zupełnie szczerze. jeśli prognozy się sprawdzą i rzeczywiście będzie lało cały tydzień...i mnie posypią się plany rowerowe.]
Nadal przy łóżku waruje stos książek ...
no więc Wczoraj mnie ukropiło.
Wszyscy piszą na blogach i w komentarzach, że u nich ukrop... u nas nie było, do wczoraj. Wczoraj nastąpiło przegięcie. dzień zmarnowany w jakimś sensie. ale nie w konsekwencji upału jedynie, tylko głównie nadciagającego frontu.
Rano okazało się, że nie mogę jechać na rowerku do teatru, bo cośtamcośtam. i dobrze się okazało. w życiu bym nie wróciła na tym rowerze, gdyż warunki brzegowe zrobiły się nieznośne : temperatura na blacie 35 stopni, duchota...że słabo się robiło, droga rowerowa to patelnia w pełnym słońcu, żadnego cienia, i nawet rower, który sami jeździ nie pomoże na omdlenia. zasłabnięcia.
W teatrze klima, więc daliśmy radę ale i tak słabo mi było. Nadciągał armagedon. i ja jako rasowa meteopatka miałam bigproblem. aż mnie mdliło, światłowstręt i ból głowy rozsadzał mi łeb. ledwo wróciłam autem.
W chałupie na dole klima robi swoje, więc leżenie plackiem i czekanie na godzinę wyjazdu do weta. Bolący łeb nie pomaga na korek na usteckiej. wszyscy wiali znad morza. Zdjęli Ciri szwy ufff a kot Maniek dostał swój comiesięczny zastrzyk przeciwbólowy. Powrót na wyścigi z ulewą i znów leżenie plackiem i nieruszanie się. Naczelnik zawiózł rower do remontu. Na powrocie zajechał do sąsiadów po ogórki na małosolne.
Ale wcześniej, jeszcze przed wetem Oczywiście nastąpiło ponowne ogarnianie ogrodu i tarasu, bo ulewa szła i burzysko było tuż tuż. burczało niedaleko. ciekawe ile razy będziemy tak zbierać i rozkładać te meble. i materace łóżkowe i hamaki.
Na szczęście burzsko polazło w stronę morza i tam waliły pioruny. A ulewa doskonale oczyściła powietrze, ciężkie i lepkie. nie mogłam iść do obory po gliniak na te ogórki. tak lało.
i gdy tak leżeliśmy oboje na kanapie oglądając "Siostry na zabój, objawił się sąsiad i się rozsiadł na tarasie.
[ech czasem nie mam ochoty na gości. zwłaszcza gdy jestem zmielona. preferuje też takich, którzy potrafią korzystać z telefonu]
- zadzwoń po moją Żonę, zaordynował sąsiad. Na szczęście Żona właśnie kończyła obrabianie naprędce zbieranej czerwonej porzeczki i też była zmielona. Pół wioski obierało krzaki i drzewa przed tym armagedonem. Ja czereśni nie zdążyłam zebrać a słoje stoją przygotowane. ech.
Panowie prowadzili dyskusję o polityce przy domowym bimbrze, zakąszając czereśniami :-) to co miałam robić, poszłam na górkę z tym dymiącym łbem i czytałam słuchając.
a dziś rześko choć oczywiście nadal grubo ponad dwadzieścia stopni. i patrzę bezsilnie, jak ślimaki znów obżerają mi kwiatki.
ech. wzdycham.
** [temat rozwinę, gdyż mam powody]
W kraju tutejszym utarło się sarkanie i plucie na tych kierowców, którzy jeżdżą za szybko.
a ja będę pod prąd. bo momentami balansuje na krawędzi wybuchu ...
Moja irytacja na wakacyjnych (i nie tylko wakacyjnych) kierowców bierze się stąd, że ja się PRZEZ NICH spieszę do pracy, bo nie wszyscy mamy wakacje i letni czill. biorę już poprawkę na korki na usteckiej, biorę poprawkę na kierowców błądzących, nie poganiam, puszczam...jestem cierpliwa i uprzejma etcetera, nie będę tu opisywać cywilizowanych zachowań. Ale nie zmierzam z powodu typów, wyjeżdżać do teatru dwie godziny przed czasem. mój czas się dla mnie liczy najbardziej.
[powiem więcej, zwisają mi ich wakacje, mnie ich wakacje utrudniają życie : tłok, kolejki, korki, zapchane parkingi, dramatyczne zwroty akcji, jeżdżenie pod prąd i co im zrobisz ?]
Stąd też pomysł na jazdę rowerem. między innymi.
Ja tu piszę o popularnych ekstremalnych przypadkach (nie, to się nie wyklucza). nie mogę zdzierżyć na przykład takiej bezmyślnej krowy, za kierownicą, która jedzie 20 na godzinę, bo pisze esemesy !!?? a korek i irytacja kierowców za nią rośnie. zwłaszcza, że podwójna ciągła kasuje wszelkie możliwości. Otrąbiłam pizdę koncertowo. i po prawdzie, to powinnam wysiąść, jechała tak wolno, że na wkurwie bym ją dogoniła, i wywlec z tego auta za blond loczki i...spuścić wpierdol.
i kiedyś to zrobię.
a także nie popieram tych wyrywnych, tych którzy jadą 120 łamiąc wszelkie przepisy. wbrew pozorom powodują nie więcej niebezpiecznych sytuacji. Flegmy, ciapy, dziady w czapce z wąsem, i rozlelane lalunie obu płci za kierownicą, to jest już plaga. doprowadzająca do szczytującej irytacji. nie mówię tu o incydentalnych przypadkach, tylko o prawdziwej pladze. a trzepiące przydługimi rzęsami 50letnie paniusie zagubione, których urok już dawno przeminął a one tego nie zauważyły ...to jest doprawdy coraz częściej żenujący widok. podobnie jak zagubione, nie ogarniające, poirytowane Janusze.
Bardzo mi odpowiada ruch płynny. eliminujący i bezdenne flegmy i wyrywne osiłki.
Tak, tak wiem i już słyszę, że każdy ma prawo jeździć ostrożnie...otóż nie ma prawa jeździć ostrożnie powodując jednocześnie sytuacje kryzysowe. korki, zatory, niebezpieczne sytuacje wymuszonego wyprzedzania ... bo nie każdy jedzie 2 km do następnej wiochy, czy na plaże, tylko przed nim trasa 800 km. Odrobina empatii, autorefleksji i wyobraźni pożądana.
No to wylałam żółć. w sobotnie dopołudnie, pewnie dlatego, że łeb nadal ćmi.
proszę się nie gniewać, proszę zrozumieć. albo i nie, jak tam chcecie.