Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barraquito. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barraquito. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2025

o ulubionej kawie, zieleninie i latarniach morskich.

Na Kanarach, na La Palmie jest oszałamiająco zielono. to wyspa, jak z filmu o king kongu. wulkany, drzewa, krzewy, czarna ziemia wulkaniczna, kwiaty, które u nas rosną w donicach domowych, i kupujemy je za ciężkie pieniądze. Trawy ozdobne - Rozplenica, robią tam za chwasty, Sosna kanaryjska. moje ulubione, piękne drzewo, drzewa laurowe dosłownie, gigantyczne drzewka szczęścia, no Raj na ziemi. Tylko te wulkany trochę niebezpieczne. i drogi. Gdy leje część jest wyłączona z ruchu. na szczęście leje rzadko. Mogłabym tam mieszkać ale to dość daleko. z drugiej strony o to chodzi, żeby się za winklem afrykańskim schować. jeszcze dalej są wyspy zielone ale tylko z nazwy. niestety.



NIE WIEMCO TO ZA ROŚLINA, ZWISAŁA MALOWNICZO ZE SKRZYNKI W KNAJPCE PORTOWEJ ALE JEST OBŁĘDNA

Typowe krajobrazy po zachodniej stornie wyspy, to te z wulkaniczną czarną ziemią a po drugiej już mniej, bardziej zielono, bardziej południwoamerykańsko,  oraz im wyżej tym inaczej...






Latarnie morskie były zaledwie 10minut jazdy autem od hotelu pomiędzy bananowcami. W pobliżu wulkanu, który miał erupcję w 1971 roku San Antonio, czy Antonio. jakoś tak. można było się przejść na kalderę. i połazić. 

Tu film, bo chyba sobie nie zdajemy sprawy, że na wyspie wulkan wulkanem pogania i jak wygląda dokładnie krajobraz po wybuchu, w filmie dokładnie Cumbre Vieja: trasa wulkanów.


Cumbre Vieja (z hiszp. Stary Szczyt) – wulkaniczny grzbiet usytuowany jest w kierunku północ-południe oraz pokrywa 2/3 południowej strony wyspy. Na grzbiecie i zboczach Cumbre Vieja zlokalizowanych jest kilka kraterów wulkanicznych.


film  zaczyna się takim samym ujęciem, które  i my mamy na zdjęciu :-) robionym podczas lądowania


no dobrze, do wulkanów jeszcze wrócę.

Teraz krajobrazy z latarniami, oceanem i zieleniną oraz kawa. Na wyspach pija się kawę, która u nas mogłaby uchodzić za deser kawowy. Trzy warstwy co najmniej, w tym słodkie mleko skondensowane, espresso, likier i przyprawy:

Barraquito to nie tylko kawa, ale prawdziwa ikona kultury kanaryjskiej. Jej fascynująca historia sięga połowy XX wieku i jest nierozerwalnie związana z barami i kawiarniami Teneryfy.

Legenda głosi, że ten wyjątkowy napój powstał w słynnym barze Imperial w Santa Cruz de Tenerife, stolicy wyspy. Jego nazwa pochodzi od przezwiska jednego z stałych klientów, Sebastiana Rubio, znanego jako „Barraco” lub „Barraquito”. Ten dżentelmen regularnie zamawiał swoją ulubioną kompozycję kawy, mleka, likieru i przypraw. Z czasem, bar Imperial postanowił uhonorować swojego lojalnego gościa, wprowadzając jego autorski napój do stałej oferty pod nazwą „barraquito”.

Inna wersja historii sugeruje, że nazwa „barraquito” pochodzi od zdrobnienia słowa „barra”, oznaczającego bar. To podkreśla, jak ważną rolę odegrały lokalne kafejki w rozpowszechnieniu tego napoju.

Naczelnik uwiecznił każdy rodzaj, którą piliśmy: wułala. po raz pierwszy w Los LLanos, potem knajpie portowej, w stolicy na ulicy ...i najstarszym barze na wyspie.

 ta pierwsza z góry czterowarstwowa, jest tradycyjnie z likierem, więc jeśli chcesz Bez, musisz to powiedzieć przy składaniu zamówienia


Dziś barraquito to nie tylko napój, ale symbol Wysp Kanaryjskich. Odzwierciedla różnorodność i dynamikę lokalnych krajobrazów – od intensywności wulkanicznej kawy, przez słodycz mleka skondensowanego, aż po orzeźwiającą nutę cytrusów. To kawa z duszą wysp, która przenosi nas myślami w słoneczne, oceaniczne krajobrazy.











krzew przeładny w hotelu nad basenem


a poniżej grubosz dwumetrowy w dodatku właśnie kwitnący




i tak pomału czołgam sie do naszej wyprawy na dach świata.

środa, 26 lutego 2025

Żywioły i schody.

 O przyrodzie będzie osobno. Bo jest moc.  Góry oblepione rozplenicą.  Wszelakim krzewem kwitnącym no i drzewa i sosny Kanaryjskie.



Z zalanego Las Manchas pomknęliśmy kabrio przez góry do Los Llanos. Na kawkę tutejszą Barraquito Na słodko warstwami ułożoną. Pyszna. uch.


I potem wyżej I wyżej  I dalej na północ do Puerto de Puntagorda. No to poczytajcie sobie ludzie wujka Google, bo mnie jednym palcem w telefonie ciężko pisać ale i tu była moc i płacz: 460 schodów w dół dość stromo, żeby poleżeć w naturalnych oceanicznych basenach. Wykutych w skałach. Zawinęliśmy ręczniki i schodzimy. 

Do oceanu na najniższe piętro nie zeszliśmy a o basenach mogliśmy zapomnieć. Ocean ryczał jak popierdolony i napierdalał falami kilkumetrowymi o klify.

 To zdjecia z gory I widać jak się fale piętrzą I wypełniają skaluste dziury.






Fale zwyczajnie by nas zmiotly i utłukły. Ale warto było dla tych widoków. Niemniej wejście na górę było wykańczające. Z zadyszką.






I widzicie tu drzwi okienka w tej skale. No nie wierze że ktoś tu mieszka i dyga tych 460 schodów po zakupy. 

Wracaliśmy tą samą trasą. Serpentynami. Zachaczylisny na jedzonko do lokalnej knajpki.

I uparlismy się żeby zjeść coś bardzo tutejszego. Przyjaciele zjedli zupę z soczewicy, ja ser w typie hallumi kozi, a Naczelnik gofio czyli taką pulpe zbożową. Hmmm

Zdjec nie zrobiłam. 

A teraz do portu i w góry.

Pulpa.

Przepraszam że nigdzie nie bywam ale nie mam czasu. Wrócę to nadrobię. Kto.ma mojego fb to tam wrzucam też filmy.