Skończyłam wczoraj ogar pracowni, i jestem z siebie dumna. i w pewnym sensie na ukończeniu ogar sypialni, bo na środku leży już walizka z częścią ciuchów wyjazdowych. Zaczęłam układać i wrzucać. Rozpoczęły się też tradycyjne poszukiwania butów do pływania...tym razem muszę je zabrać, gdyż plaże greckie na tej wyspie to głównie żwirownia.
Przymieszam, paruję i planuję co powinnam sobie nabyć. ewentualnie. dziś przegląd koszulek, do wywalenia, do noszenia, do na wyjazd. i zaglądam do ulubionego włoskiego sklepu. zapewne coś mi w ręce wpadnie. potem masaż. ostatni przed wylotem. przyda się, spinka po ukąszeniu ogromna. fizjo się popłacze.
Na nowo ułożyłam plan tygodnia.
[Gdy z 10 dni przed wylotem wypadają ci trzy. plany ulegają zmianie.]
i w ramach nowego planu wyszło, że
Zmuszona byłam wczoraj skorzystać z centrum handlowego...i przeżyłam. Kartka była przygotowana więc siem jej trzymałam ale jak już byłam, to się przedzierałam przez te tłumy turystów ze wszystkich stron świata. dosłownie. u nas od 2 dni leje i wieje, więc na plaży nie poleżą.
wszyscy w GH Jantar. Masakra. kino też pełne.
No i rezydujący tu znajomi, też się odzywają...przykro mi, ale odmawiam współpracy, za dużo już mamy poumawianych spotkań i imprez i dwa dni koncertów. i Matkajadwiga przyjeżdża i pakowanie i zakupy i sprzątanie... nie mam już tyle siły co kiedyś 😅😂
za to mam znacznie większą asertywność.
[swoją drogą, dziwią mnie ludzie, których sto lat nie widzieliśmy i Koniecznie !!! chcą do nas na kawę przyjechać DZIŚ, a dzwonią też DZIŚ srana w dupie mając nasze plany...a może to ja jestem dziwna??]
*
Ręka jeszcze pobolewa i zielony siniak całkiem spory nadal widoczny, nie w pełni sprawna...no to jest jednak potężna dawka jadu, nawet jak na ludzkie warunki. sobie nie wyobrażam, co czują mniejsze zwierzątka, i mordowane osy, pszczoły...świat jest wyjątkowo chujowo pomyślany.
Od piątku, po wytrzebieniu wszystkich osobników, ani widu, ani słychu tego sparszywiałego towarzystwa. Nie ma. nie latają, nie krążą, nie wlatują. nie czają sią. dotarłam rurą od odkurzacza we wszystkie zakątki. w rękawicach spawalniczych obrabiałam kosze z różnymi bambetlami, na przykład rzeczami do jogi, klockami, pasami...Dotarłam wszędzie i nie ma szans, że jakiś się uchował. Na tym wkurwie działałam i na strachu.
A przyznam się, że w swojej głupocie RATOWAŁAM szerszeniowe osobniki śnięte, wędrujące po pracowni, po podłogach...wywalam za okno. pozwalając im być bardzo blisko, na przykład mojej twarzy. mam taki odruch ludzki, ratuję pszczoły, bąki, choćby nie wiem co. nawet osy.
Gdy jeden śnięty szerszeń spadł mi na spory parapet za oknem pracowni, Nagle wyskoczył pająk, zapewne uznając go za łatwą zdobycz, ale nawet nie dobiegł do szerszenia, tylko zawinął się w locie i spierdolił równie szybko, a nawet szybciej ... mądry pajączek.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
nie musisz Czytaczu ale możesz ....