Przyjazd nasz tu właśnie był konieczny, bo mnie się ckniło tak, że nie opiszesz, no nie opiszesz słowami.
*
Wstaliśmy sobie w tej Bratysławie dość wcześnie. żeby zjeść spokojnie śniadanko i wypić dwie kawy. wpadłam na trop kawy nad kawami, otóż dodaje kilka kropel mleka kokosowego do mojego owsianego i jest wypas. choć tłusty i letko słodkawy. ale wypas.
śniadanko na warzywnie z odrobiną jajecznicy.
potem dopakowywanie kosmetyków w pokoju, oraz zapakowanie waliz do strasznej windy, ja jak zwykle zeszłam schodami a Naczelnik się zmagał.
(jeszcze zrobiłam zdjęcie windy na odchodne).
auto wyprowadziliśmy z parkingu w typie sezamie otwórzsię. i w drogę. a droga była dla mnie urokliwa, znów pomiędzy górkami w słońcu, nadal pogoda słoneczna. że na psaurok, w obliczu zapowiedzi armagedonu pogodowego. który oczywiście nastąpił, niestety.
ale w słowackich górkach na prawdę przyjemnie się jechało. tylko w pobliżu granicy, gdy ichnia autostrada przechodzi w jeden pas...hmmm korek. i tyle. im bliżej granicy, tym więcej śniegu. do kraju tutejszego wjechaliśmy od Chochołowa, i mijaliśmy wjazdy zarówno do Doliny Chochołowskiej jak i Kościeliskiej...i już był klimat Naszych Tatr....
... tłok, busiki, i w knajpie kościeliskiej ceny, że nas z butów wymiotło a głodni byliśmy bardzo, jakoś nam się nie złożyło z jedzeniem słowackim po drodze, także haluszki mogłam zjeść dopiero w Zakopanem
O 15 ej zaparkowaliśmy pod naszym lokum, czyli starym klimatycznym pensjonatem, w typie wyjazdów na wczasy w latach siedemdziesiątych...Pokoik ciasny i na poddaszu, oczywiście windy niet...goronc niemożebny, że nic tylko zemdleć można...
nastąpiła szybka ewakuacja i na piechotę poszliśmy szukać knajpy na Krupówkach, gdzie jak zwykle tłok był i trafiła się nam urokliwa karczma "Biały miś. i fajnie.
Naczelnik pochłonął żur, i postawił na mięcho, ja zaś cudowne pierogi z oscypem.i grzańce oczywiście.
na zdjęciu powyżej kolejna miejscówka związana z Witkacym. kiedyś tam była knajpa z dość podłym jedzeniem, teraz jest restauracja. a my zasiedliśmy w podłej miejscówce tym razem, vis a vis ale jedzenie w normie. ja placuszki z oscypem ofkorsss i żurawiną.
wałęsaliśmy się niespiesznie, śnieg na nas sypał, mróz w policzki szczypał, posiedzieliśmy na saniach na zewnątrz jeszcze innej knajpy, i wznosiliśmy toasty za stary rok głównie, bo był na prawdę dobry...powoli zamienialiśmy się w bałwany...wtedy to było piękne i było pięknie... czas się zatrzymał. ale nie uniknęliśmy tłumów mówiących językami, głównie słyszeliśmy węgierski. wchodziliśmy w przeceny w dobrych sklepach sportowych, i Naczelnik nabył bezrękawnik a ja kolejne gacie termiczne z merynosa. Zaś dla Ciri zakupiliśmy śfinkę.
ten spodek, latający talerz, to jest Gubałówka :-)
aż się zrobiło zimno i już zmęczono więc spokojnym spacerkiem podrepataliśmy do naszego pensjonatu, położnego blisko, bo taki był zamysł, żebyśmy się na bani w śniegu po pas i po nocy pod górkę po Zakopcu nie włóczyli...
Dnia następnego wczesny zryw, bo wiadomo trudna trasa była przed nami. zero słońca, zdecydowaliśmy się na śniadanie w pensjonacie, niczego wyśmienitego się nie spodziewając. ale nie mieliśmy czasu na szukanie kaw i bułecek.
Rano gór nie było widać, bo mieliśmy przecież pokój z widokiem(swoją drogą świetny film) za to śniegu naprało i powrót był dla nas nieco niepokojący.
Śniadanie rzeczywiście nas nie zaskoczyło, również było w stylówie pensjonu z lat siedemdziesiątych...
i wiooo
Zakopianka zawalona śniegiem i jechaliśmy w śnieżycy...ale tylko do tunelu, a potem jak rączką odjął. kłopoty się zaczęły na wysokości Łodzi a potem Trójmiasta. to już dowaliło i śniegiem i mrozem i ślizgiem i mgłą... dojechaliśmy na samego sylwestra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
nie musisz Czytaczu ale możesz ....