O przyrodzie będzie osobno. Bo jest moc. Góry oblepione rozplenicą. Wszelakim krzewem kwitnącym no i drzewa i sosny Kanaryjskie.
Z zalanego Las Manchas pomknęliśmy kabrio przez góry do Los Llanos. Na kawkę tutejszą Barraquito Na słodko warstwami ułożoną. Pyszna. uch.
I potem wyżej I wyżej I dalej na północ do Puerto de Puntagorda. No to poczytajcie sobie ludzie wujka Google, bo mnie jednym palcem w telefonie ciężko pisać ale i tu była moc i płacz: 460 schodów w dół dość stromo, żeby poleżeć w naturalnych oceanicznych basenach. Wykutych w skałach. Zawinęliśmy ręczniki i schodzimy.
Do oceanu na najniższe piętro nie zeszliśmy a o basenach mogliśmy zapomnieć. Ocean ryczał jak popierdolony i napierdalał falami kilkumetrowymi o klify.
Fale zwyczajnie by nas zmiotly i utłukły. Ale warto było dla tych widoków. Niemniej wejście na górę było wykańczające. Z zadyszką.
I widzicie tu drzwi okienka w tej skale. No nie wierze że ktoś tu mieszka i dyga tych 460 schodów po zakupy.
Wracaliśmy tą samą trasą. Serpentynami. Zachaczylisny na jedzonko do lokalnej knajpki.
I uparlismy się żeby zjeść coś bardzo tutejszego. Przyjaciele zjedli zupę z soczewicy, ja ser w typie hallumi kozi, a Naczelnik gofio czyli taką pulpe zbożową. Hmmm
Zdjec nie zrobiłam.
A teraz do portu i w góry.
Pulpa.
Przepraszam że nigdzie nie bywam ale nie mam czasu. Wrócę to nadrobię. Kto.ma mojego fb to tam wrzucam też filmy.












