środa, 21 stycznia 2026

o "Dymie na wodzie.

oto danie Naczelnika w restauracji DYM NA WODZIE.

 Obieram dom ze świąt ale snopek jeszcze stoi. i zostawiam światełka. wszystkie prawie. jeszcze dodają otuchy. Wczorajszy dzień był, jak huśtawka emocjonalna od zaorania do euforii.

Dostałam od MJ trzy małe fikusiki, bo zapragnęłam mieć fikusa po raz pierwszy chyba. jednego fikusika dałam Sąsiadceoli w prezencie wczoraj. Byliśmy na smakowitej kolacji z okazji jej urodzin, w naszej ulubionej restauracji "Dym na wodzie. i zjedliśmy nasze ulubione dania:

Mule oczywiście. najlepsze jakie jadłam, a tajemnicą jest sos na białym winie.

Sałatkę z kurczakiem i grzanką czosnkową i tu znów sos i przyprawy czynią danie wyjątkowym. parmezan, mix sałat.

Naczelnikowe danie, uwiecznione na pierwszym zdjęciu, to szarpane żeberko uformowane w taki udziec. tylko w "Dymie spotkaliśmy się z takim podaniem, na zasmażanej kiszonej kapuście z żurawiną, popcornem z kaszy gryczanej, imbirowymi powidłami z węgierki, demi glace a osobno chrupiące pieczone ziemniaczki ze skórką w ćwiartkach. 

Oto danie królewskie, które Naczelnik uwielbia. do tego pyfko. 

Ja preferuję kluseczki marchewkowe  w sosie śmietanowym z borowikami  i młodym szpinakiem, rukolą, pieczonym słonecznikiem i innymi tajemniczymi dodatkami.

Głównie sos jest podstawą smaku wszystkich serwowanych dań. i podstawą sukcesu :-)

i wino hiszpańskie wytrawne czerwone z ich winnic.


a następnie Wszyscy, za moją namową zjedli deser prześwietny z Crumblami. czyli podstawą jest kruszonka. Deser nazywa CREME PATISSIERE  może i on nie wygląda ale zapewniam, że to jest Wyborne na najwyższym poziomie. zwłaszcza "krem z pieczonej dyni hokkaido o smaku, jakiego jeszcze nie znałam, na nim karmelizowany plaster cukru, cieniutki i chrupiący, jak drobny fragment lodu, Kruszonka z orzechów pecan, gałka lodów waniliowych w sosie butterschotch z mrożoną truskawką...

o bogowie. 



Jak napisałam, dzień był, po tej koszmarnej nocy, ambiwalentny...mało się nie przewróciłam, ze zmęczenia a zrobiłam na prawdę sporo. Porządki z książkami wedle planu: do oddania, do wyniesienia do zostawienia. do wywalenia. gabinet rozgrzebany. dziś ciąg dalszy.

Zakupy czyli bieganie na wyścigi z czasem, zapomniałam portfela, przeżyłam horror przy zakupie okularów, chcąc już płacić. .. tymczasem zostawiłam go w teatrze i musiałam wracać do centrum handlowego. ganiałam za klawiaturą do tableta i w końcu zakupiłam za 30 zł. dla przetestowania, zanim się zdecyduję na samsunga.  

A dziś jestem nareszcie wyspana. prawie 9 godzin. no ja myślę, że zwieńczenie dnia, czyli kolacja mnie tak wyluzowała i pięknie spokojnie uśniła.

wtorek, 20 stycznia 2026

ciotka Aurora o nazwisku Borealis...dała spektakl za darmo.

 czy ja już pisałam, że kocham film "Czułe słówka. a w nim Shirley MacLaine.


[Zorza polarna (Aurora Borealis) to zjawisko świetlne na nocnym niebie, widoczne w rejonach okołobiegunowych, spowodowane zderzeniem naładowanych cząstek ze Słońca z gazami w atmosferze Ziemi, tworzące tańczące na niebie zasłony i promienie w kolorach zieleni, różu i fioletu.]

Naczelnik wyszarpał mnie ze snu boleśnie.

[łazi i jeździ od kilku dni po nocach bo lodowisko robią pod remizą...chyba zacznę żałować, że łyżew nie posiadam.]

- wstawaj, zobacz co mamy na niebie...(tu podetknął mi zdjęcie w telefonie) do Norwegii na Lofoty za podbieguny chcesz jeździć, żeby ją zobaczyć a tu proszę.

Po zaprotestowaniu, dałam się namówić ...i pojechałam autem nieprzytomna, i owszem aurorka była...ale nie ma porównania wiecie, rozumiecie i trzeba jednak jechać za te podbieguny znów. i zobaczyć w pełnej krasie. no ale też nie ma co znów narzekać. bo przecież bywa coraz częściej. Tylko mamy jednak niebo w pobliżu miasta sporego więc...nie wystarczyło wyjechać na pole. niestety.  



czasem się rozkręcała 


tak życiowo, to okazało się, że podkręcam swoje adhd głównie ale ostatnio się wyciszam z konieczności, z przesilenia, z choroby ale i łeb mi skręca we właściwą stronę, gdy już ciało daje oczywiste znaki. ciało odkąd mi się poprawiło chorobowo czyli od poniedziałku, wrzucam na matę jogową ...i nareszcie wczoraj fizjo z masażem relaxacyjnym indibą. po kilku tygodniach już czas był. bym też namówiła Naczelnika na sauny w tym tygodniu. ale nie wiem czy czasowo damyradę. obsesyjnie pilnuję, żeby się think pad nie rozładował do zera. i zeby to był przyjemny tydzień. Wczoraj byłam w juzku, po roku chyba, nabyłam kilka rzeczy do teatru...i myślę o kolejnej zmianie mebli. w domu też.

Po nocnych zorzach polarnych w mrozie, znów padłam bliżej 23iej. minusy się u nas niestety po nocach szwendają. zmarzłam chyba.

iii

jednak obudził mnie znów ból gardła i bulgotanie w brzuchu🥴😟😫  i generalnie coś na kształt kaca...ok 3iej. no masakra jakaś. w dodatku upocona. zjadłam meltoninę, potężną dawkę ibuprom sprint, wit.D, wyipłam herbatę malinową i zasysam isle i pije kawkę słabą.  i zobaczymy jaki to będzie dzień, bo plany mam dość konkretne: klawiatura, okulary, krem do opalania...układanie książek i czasopism w teatrze. pranie. 

poza tym szwendam się i wrzucam do walizko toto totamto. 

*

tempo ogarniania siedmiu wyjazdów, i pięciu stolic, bez Warszawy. jest nader wolne...nie zdążę do wyjazdu.

apdejcik

że pospałam jeszcze dwie godziny...do 8.30 to razem do kupy będzie z 6 ...mało...i rozbita jestem. 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Los Muchachos. czyli wjazd na Rysy ponad chmurami.

 NA DACHU ŚWIATA. przynajmniej dla mnie. 

ZDJECIA NA WINIECIE I WSZYSTKIE TU ZAMIESZCZONE ROBIŁAM JA I NACZELNIK.

Będą zdjęcia głównie. bo co tu pisać. Piękno samo w sobie się broni. a opisy często bywają kiczowate. po prostu Zaglądaliśmy z zewnątrz do Caldery w której już byliśmy wewnątrz. i wędrowaliśmy ponad chmurami...

Nie opisałam tego wjazdu wcześniej, bo wymagany był osobny post, żeby wrzucić jak najwięcej zdjęć. Otóż zebraliśmy się w piątek po pysznym śniadaniu, wysoko w góry i było jeszcze bardziej niesamowicie, niż w przypadku curwas peligrosas, bo owszem i curwas peligrosas i wysokość prawie 2500 npm. 

Także łał. panowie i panie. 

Opisałam już drugą połowę tego dnia i wrażeń, podczas karnawału w stolicy: Proxima Parda w Santa Cruz De La Palma. a teraz pierwsza połowa czyli wjazd na ichne Rysy. i zjazd. oba curwas peligrosas, że japierdolę. momentami było grubo.




Na szczytach caldery znajdują się obserwatoria astronomiczne, obfitują, bo jest brak zanieczyszczenia światłem 
więc niebo przepiękne, pełne gwiazd wiszących nisko...można "spać w takich miejscach i nocą się gapić.



poniżej ułożenie tych ośmiokątów lustrzanych odbija obraz nieba ale i ziemi





Oczywiście udało się zajrzeć do caldery ale nie udało się czegokolwiek zobaczyć. Chmury piętrzyły się, jak fale Oceanu Atlantyckiego. piękne to było, choć wiało nieprzyzwoicie. i bałam się, że nas spizga z tego murku,  co go widać za mną (i w zbliżeniu na winiecie).




wysokość szczytu prawie, jak nasz Rysy prawda? i podobno po słowackiej stronie można też prawie autem wjechać...osobiście nie wiem, właziłam jakbókprzykazał po naszej.




widzimy z tej wysokości wszystkie wyspy pozostałe, choć na wprost głownie Teneryfę. chyba.






okropne ujęcie bez nużek...no ale chmury i perspektywa były ważniejsze:-)

Jak sie wjechało, to trzeba było zjechać. no zjazd był równie atrakcyjny, z wieloma zatrzymaniami po drodze aż do samego Santa Cruz De La Palma na karnawał :-)


**
To już ostatni, zapomniany przeze mnie post z wyprawy kanaryjskiej, na drugą wyspę: La Palme. wrzucam więc po prawej stornie bloga, wszystkie w kolejności adekwatnej do kolejności zdarzeń, nie czasu pisania. czym rozpoczynam i dokańczam zapis wypraw zeszłorocznych. a było ich siedem. a państw sześć. 

niedziela, 18 stycznia 2026

porządki...

Tak na chwilę tu wpadłam w z tym właśnie postem. pomiędzy maligną senną, czytaniem, słuchaniem, praniem i puszczaniem paprocha. i Odpoczywaniem. 🫣

Kompletuję wszystkie zeszłoroczne wyprawy. i uzupełniam też, bo okazało się, że braki są. więc za chwilę wrzucę ostatni post z pobytu jeszcze zimowego na Kanarach 2025.

a wczoraj cały dzień w pieleszach. dobrze mi zrobił. och. jak ja lubię leniuchować. zwłaszcza od momentu przeczytania, że to jest cecha ludzi inteligentnych. i żeby się tego bożebroń nie wstydzić. (tymczasem ja zagłuszam swoje myśli czytaniem. zamiast lewitować w czasie rzeczywistym. leżąc. śnić na jawie. gupia. ja.)

Dzień sobotni przeleżany, przymierzałam sandałki i w ogóle kompletowałam buty na wyjazd, bo bardzo nie chcę kupować nowych. czytam swoje zeszłoroczne wyprawy i mnie też odpowiednio nastroiły. teraz w Egipcie będziemy mieli dwadzieścia parę stopni, do30 tu, no może w Luxorze będzie trochę więcej ale nie 60. przecież. więc równowaga w ubiorze pożądana. oraz po ostatniej wizycie w tym dzikim kraju, kiedy to zgubili nam walizki...chyba przemyślę sprawę ciuchów i kosmetyków. serio.  mam sporo czasu na pakowanie. MJ przybywa w czwartek. 

Późno w noc, bo przespałam popołudnie, zasiedliśmy razem z Naczelnikiem, który też odsypiał trasę, do czegoś lekkiego łatwego i bezmuzgiego:

w "Teściach 3, najbardziej przyciąga uwagę przyjaciółka teściowej lekarki, psycholożka albo psychoterapeutka, nie wiem, jeszcze nie doczytałam u innegogłosu 🫣ale chyba kompilacja. dwa w jednym to jest. albo wszystko w jednym. 

No i cusz za koincydencja, prawda. 🤣🤣🤣

upłakałam się. po pierwsze pani na dragach, lekach i ujarana bez przerwy, tableteczka i dżoincik dobre na wszystko. oraz oczywiście bardzo chce być pomocna, czy ktoś chce czy nie. Pani z urojeniami a także Problemami ogromnymi głownie ze samą sobą. i z facetami. i z deficytem seksu, niby przyjaciółka ale tak po prawdzie, to zasłona dymna. 

 oraz świetna obserwacja, że kobiety, które tyle złego gadają o mężu przyjaciółki, i tyle gadają w ogóle o mężu przyjaciółki, ewidentnie mają na niego chrapkę. 

 takie małe nawiązanie do postu u innegogłosu. ale chyba już raczej się w żadnej kwestii u niej nie wypowiem...

innygłosie niestety ...nie mogę się u ciebie zalogować, system wymaga zalogowania. a moje hasło nowe nie działa, i stare też nie działa...ewentualnie anonim ale nie wpuszczasz. no to całkiem niedawno właśnie o tym pisałam, że zmiana prędzej czy później gdzieś wypierdoli, także ten, mogę mieć podobnie ze wszystkimi na worldpressie...Roxy :-(( u ciebie też nie mogę...nie wiem? co ja mam teraz zrobić zakładać inne konto? czy co?

i na koniec dziś na śniadanko: truskawki, maliny, borówki z odrobiną maskarpone i jogurtu naturalnego oraz zalane musem jeżynowym. obogowie. 


ps

i jeszcze ten ziobro miętki fiutek. polityczny bankrut. kłamca. i złodziej. jedyny dobry aspekt tej sprawy to wykończanie pisdzielców.
oraz trump z jego wjazdem do Wenezueli, po medal noblowski :-)) i dostał od Machado. a jakże. to czego on chce od Dunów?? że szykuje wjazd do Grenlandii. 

sobota, 17 stycznia 2026

o tym, że Dżil, Gilowi nie równy.

wyrzuty mnie dopadły tak ok 22iej...serio, zżarłam tyle leżąc głównie, że brzuch mi wystawał. w nocy trochę sklęsło.  🫣

[pierożki malutkie z fetą i szpinakiem całe opakowanko, trzy kromki chleba z maskarpone i guakamole aby zapakować duży wielki gigantyczny jeden ząbek czosnku wielkości główki. serio. chuch potem zabijał wróble w locie. usypiał koty i psa na łóżku. no ale to nie wszystko, do tego cała tabliczka małej czekolady i frytki. no wstyd mi]

Rozmroziłam na dziś owoce, truskawki, jagody, maliny...porzeczki i będę w ramach pokuty dziś tylko to jadła. no nie tak znowu pokuty, lubię owoce z ogrodu sąsiadki. eco. i swojego. do tego jogurt i macarpone nooo to wypas będzie. przecież


oto truskawki i maliny z gałką mascarpone polane musem malinowym własnej roboty🙃 

aleee żeby nie skłamać Naczelnik przywiózł świeżutkie piszyngiery z południa :-0 trzy opakowania...świnia.


Pisząc posta Wczoraj Zapomniałam o tym, że skończyłam Gorzkiego i zaczęłam ...Gorzkiego :-D "Burzę tym razem, no dziwna jakby nieco sajensfikszyn, w typie. a że zaraz skończę, to już przebiera nuszkami "Wrzenie. Janiszewskiej. 

(tydzień prac fizycznych może się skończyć kilkoma pozycjami do słuchania)

poza tym jako, że wracałam złachana, podziębiona a byłam sama w domu od środy, to ze szklaneczką likieru czekoladowego z mlekiem kokosowym, pochłonęłam brytyjski serial na Applach, "Droga do prawdy z Emmą Thompson i Ruth Wilson(obie lubię). sobie łykłam no i fajny serial. lubię brytyjskie i lubię silne kobiety. 

Nadal Brnę przez "Schronisko... Gortycha [oj daleko mu do "Bezcennego Zygmunta Miłoszewskiego, daleko], przez Kącką nawet brnę i nie tylko ...zapewne teraz przyspieszy, bo mam już w teatrze wygodną kanapę, fotel i w ogóle warunki. też do czytania. zmieniło mi się, że wolę w ciągu dnia czytać i rano a nie zawsze mam czas rano. więc w ciągu dnia a w ciągu dnia, to jestem w teatrze. także.

jestem zmuszona odwiedzić okulistę, bo zdaje się okulary do czytania mi szwankują...no chyba, że to zmęczenie tak silne, że nie widzę po nocy. możliw przecież.

Ale wracając do dnia wczorajszego, to przeleżałam go w łóżku, w całości. 

oglądnęłam zgodnie z planem nową Agatę Ceha. trzy odcinki only. Szkoda. a po południu było dużo lepiej. i nawet czytałam. nie tylko wymienione już lektury. wygląda na to, że musiałam zwyczajnie odpocząć, odleżeć i odstresować się. i dać ciału odpocząć. wypiłam hektolitry herbat malinowych z sokami, a na koniec przed snem kieliszek nalewki malinowej na wypocenie się. pomogło.

Dziś tak się wsłuchuję i chyba gil się nie rozkręca. łeb nadal boli ale gil nie męczy. pokasłuje.

nadal mało śpię więc plan jest taki, że tabsy i dzień raczej prześpię. trudno, nie lubię takiego marnowania czasu ale organizm się domaga resetu, odpoczynku i odprężenia, a przyszły tydzień czeka z otwartymi ramionami.

[w sumie niby nic nie muszę i sama sobie narzucam jarzmo a powinnam wędzidło i prrrr.]

Przemyślałam sprawę i 

do zakupu okularów doszły kolejne, otóż sandały i to nie byle jakie, wprawdzie tym razem nie będzie 60 stopni i obawy, że w Luksorze znów mi się rozpuszczą ...w Hatszepsut odpadną od stopy a w Dolinie Królów to już odpadną razem z nuszkami.

Tak, od wczoraj siedzę w Egipcie. czytam, szukam i planuję wyprawy w miejsca cudne do zwiedzania. na przykład całkiem blisko, jedynie ok 4 godzin mamy do Edfu Temple i Edfu South Pyramid a bardzo bym chciała do Abu Simbel ale nie tym razem. następnym. 

*

Nie będę pisała doktoratów z zachowań i reakcji międzyludzkich. są fajne blogerki, które to robią fachowo i poetycko :-) ja poprzestanę na odczuciach i tym co mi ze świstem przez łeb przelatuje...bo po to mam bloga. 

 ps

Gombricha wywlekłam na wierzch i odświeżyłam sztukę na wieczność czyli Egiptu, Mezopotamii i kreteńską. 

 

piątek, 16 stycznia 2026

uchuchu szaleństwo jest we mnie.

 ... no to skończyłam zapierdol na tenczas. także już od dziś luzik i ...gil. oczywiście, a jakże. 

zawsze tak jest, gdy spina, puszcza ale ostatnio jakoś tak dłużej jestem bez gila. tfu tfu. za to dwa dni temu wywaliło mi zimno na pół gemby...i tu od razu ostrzegam, nie kupujcie ludzie żadnych plastrów bo one dodupy są, tylko stary poczciwy zowirax. działa natychmiast.

na zewnątrz roztopy, jak w marcu na przedwiośniu. że utonąć można. i jak przychwyci zamróz, to będzie bardzo radośnie. bardzo. na razie nie zapowiadają mrozów. ale mnie to nie rusza. ja się nigdzie nie spieszę, ja mam wolne od dzieci i ich zajęć Wszędzie. hurrra.

Obudzam się cały czas za wcześnie, gdy mam ciśnienie życiowe, że must have to i must have tamto i sramto.

Tak więc wyglądam, jak zombiee z opryszczką. 

czyli obiektywnie źle. Blado. i jakby coś mnie brało...stawy napierdalają już, nie tylko bolą. 

ale oto mam dziś komfort, że mogę w łóżku poleżać do południa, wypić oprócz kaw pierdylion herbatek rozgrzewających i nigdzie nie muszę dygać...jeśli się pogorszy. ...zobaczyć sobie Helenę w Siedmiu zegarach, Agaty CH, na Netflix. bo nie wiem czy w takim stanie poczytam. 

ale co ja muszę: otóż w tym tygodniu muszę nabyć nowe okulary przeciwsłoneczne. koniecznie na wyjazd. z ciuchów raczej nic. i znów będę mieszała w wypranych i spakowanych letnich lnach. wywlekała dopiero co spakowane walizki...

Dzień wczorajszy był długi, męczący, ale z happyendem: 

* w placówce raczej na dobicie, ta akcja owsiakowa, ale nie żebym psioczyła na WOSP, tylko kilka godzin produkcji świeczników mnie wykończyło, dodam ślicznych świeczników, bo ja mam ślicznych alumnów, bardzo uzdolnionych i bardzo bardzo twórczych.

[w ogóle byli dla mnie moi uczniowie wczoraj bardzo mili i dobrzy, chyba na prawdę źle wyglądam :-(

* ale najpierw rano, gdy chciałam napisać komenty i może nawet posta...okazało się, że padł mi nowy think pad i musiałam skrobać komenty na tablecie, do którego jeszcze nie dokupiłam klawiatury ... noż kurewa się ostatnio posypało i sypie...najpierw ta karta graficzna, potem drukarka fisiująca a teraz lapek ??? co tu się odpierdalala ja się pytam, się ??

ale juz po południu mój boski Informatyk wszystko Naprawił :-) i wszystko działa.

dziś zamawiam klawiaturę.  

** 

Niestety kalendarz się zapełnia bardzo szybko, już jestem w marcu. 

No piszę chaotycznie ale ja kocham chaos. tak srana piszę co mi się przypomni zwczoraja, bo to nie jest felieton ani żadna inna rozprawka, wiesz sztuczna inteligencjo!?. Tak, tak sprawdziłam swój styl w AI. 

🙈 

no jak tylko ludzie się przerzucą na takie pisanie, (co już występuje w blogowni) to ja rzucam blogownie, bo to będzie tak, jakbyśmy wszyscy meli dagfejs, sztuczne cyce i tureckie licówki.

a poza tym chrome czyli google oraz blogger.... już mnie tak dziś wkurwili, że hej dokupy, otóż blogger mnie nie chciał logować...musiałam znów ogarniać wyszukiwarkę, zmieniać hasło i nie wiem co jeszcze z tego wyniknie, bo pewnie Nagle a Niespodziewanie gdzieś owa zmiana hasło wypierdoli.

 a ja przecież zapomnę tę kolejną jego wersję za kilka dni. ..

i po co. 

ach, bym zapomniała, no i przysłali mi papierową instrukcję co robić w razie końca świata, którą już wcześniej wepchnęła nam Gmina. poza tym ja wiem, bo mam strażaka w domu. ech. i już wyraziłam nadzieję, że w razie W, on pierwszy z racji funkcji się dopcha do niezbędników, agregatorów, wozów i pitnej wody, w końcu też biuro im obsługuje nasza lodówka...

 

ps

no i jest i straszno i śmieszno, bo teraz akurat nas zalewa... i jest brzydko,,,śmierdzi też nadal gównem na osiedlu, ponieważ wszystkie kupy rozmarzły. dominującym kolorem jest żółty i brązowy..ekhm.

no to Uważajcie na siebie i bądźcie zdrowi. 

 

 mam kolegę, mi przysyła i ratuje sytuacje




 

środa, 14 stycznia 2026

O przewlekłym zmęczeniu [przypisek o dziwnym kraju]

Wczoraj(wtorek)

wstałam o jakiejś dramatycznie spiździałej godzinie. trzeciej tym razem ... czy tam czwartej.

nie wiem dlaczego? w poniedziłek było spokojnie z dotarciem do teatru. drogi też czarne. tylko parkingi nadal pełne brei. i strach jeździć dalej od centrum w mieście tutejszym. obudziłam się i po spaniu...a dzień miałam na prawdę ciężki, osiem lekcji i rada. no to na radzie już odlatywałam.

Z drugiej strony

... jak tak urwę a raczej mój organizm urwie sen do 5 godzin, to mam czas na różne swoje przemyślenia i pisanie postów i czytanie blogów i nawet komentowanie. bo zasoby energetyczne mi już nie pozwalają na pomieszczenie wszystkiego w ciągu za krótkiej doby. 

Zalegające myśli i niedokończone walki myślowe z samą sobą odbierają mi siły. a zawalanie planu dnia, tygodnia, miesiąca, czyli głownie mojego osobistego komfortu, jogi, masaży paraliżują moje ciało. 

Wstałam wczoraj o godzinie hitlerowskiej i napisałam posta, przeczytałam blogi. pomedytowałam trochę na macie, bo dramatycznie potrzebuję równowagi w ciągu dnia. bo niektóre rzeczy nie idą, jak zwykle po sznurku. a działania mające długą historię już nie wychodzą. czasy się zmieniają, ludzie, nawyki, wygoda...(tylko dzieci z kompleksem Wrześni się nie zmieniają ;-) i popapranicy wyznaniowi.

Może się stać tak, że przyszły tydzień mnie zajmie zupełnie inaczej, niż to zwykle bywało. i nie panikuję, nie smucę a nawet już widzę pozytywy. że nadrobimy zaległości. uporządkujemy. zrobię kolejne zakupy, posegreguję.  poukładam. i odpocznę przed wyprawą do Afryki. bo dopiero co zamknęłam opisałam ostatnią z 2025 i muszę szybko porządkować ten 2025, gdyż na horyzoncie pierwszy 2026. już klepnięty, tydzień w Afryce.

*

[a teraz muszę, bo się uduszę]

Nadal, to jest dziwny kraj. połowy jego mieszkańców nie rozumiem i nie toleruję. więc unikam.

ja nie rozumiem co może być ważniejsze od człowieka? od ludzkiego zdrowia i życia. ??

ideologia? wiara? dla mnie żadna ideologia i żadna wiara ważniejsza nie jest. a już na pewno gadżety z nią związane.

Wystarczy jedna sala lekcyjna z krzyżem, do nauki religii, jeszcze (bo cały czas czekam na obietnice rządu, w kwestii usunięcia religii ze szkoły) i tam gadżety, krzyże...i po sprawie. 

Owszem jakaś tolerancja, ale na bogów nie dla wszystkich i nie całkowita. nie mam tolerancji dla głupoty.

Unia próbuje edukować w kwestii różnorodności kulturowej i w kwestii różnorodności wyznaniowej...w poszczególnych krajach to poszczególnie wygląda. owszem pewnych rzeczy się robić nie powinno: na przykład wieszać krzyży w miejscach publicznych i wrzucać ich do śmieci...ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pisania. 

więc piszę to wreszcie i podkreślam, nie mam tolerancji dla katotalibów. oni też nie mają tolerancji ani dla innych wyznań, ani dla ateistów, ani dla lewicy, ani dla wegetarian. 

więc jesteśmy kwita. 

 Nie wiem czemu nadal przychodzą anonimy i mnie uporczywie pouczają co ja mam myśleć, kogo słuchać, jak mam pisać i mnie osądzają i oceniają, jaki to jest blog i jeszcze bezczelnie mnie tu historycznie atakują...i oczekują zmiany ?

[ja nie oczekuję zmiany po katotalibach, serio. rozumiem, że w muzgu nie styka i już.]

i snują te swoje opowieści zdupy. nadal. i obrażają mi nieanonimowych znajomych. i się oburzają, że jak to, nie myślę, jak oni...no cyrk i kupa śmiechu. 

**

bo jak nie urok to sraczka, jak nie śniegi, to zwisy lodowe.


I dzis szklanka.

Wczoraj po powrocie z placówki oczywiście najadłam się i Padłam, jak długaaa na kanapie, gdyż siły nie miałam. pospałam do 22iej i potem ablucje, prysznice, powieść kryminalna i łóżko ....

a teraz słyszę , jak lody zjeżdżają z dachu...też niebezpiecznie.


poniedziałek, 12 stycznia 2026

o Zakopanem. swiąteczo-sylwestrowym.

Przyjazd nasz tu właśnie był konieczny, bo mnie się ckniło tak, że nie opiszesz, no nie opiszesz słowami.

*

Wstaliśmy sobie w tej Bratysławie dość wcześnie. żeby zjeść spokojnie śniadanko i wypić dwie kawy. wpadłam na trop kawy nad kawami, otóż dodaje kilka kropel mleka kokosowego do mojego owsianego i jest wypas. choć tłusty i letko słodkawy. ale wypas. 

śniadanko na warzywnie z odrobiną jajecznicy.



potem dopakowywanie kosmetyków w pokoju, oraz zapakowanie waliz do strasznej windy, ja jak zwykle zeszłam schodami a Naczelnik się zmagał.

(jeszcze zrobiłam zdjęcie windy na odchodne).

auto wyprowadziliśmy z parkingu w typie sezamie otwórzsię. i w drogę. a droga była dla mnie urokliwa, znów pomiędzy górkami w słońcu, nadal pogoda słoneczna. że na psaurok, w obliczu zapowiedzi armagedonu pogodowego. który oczywiście nastąpił, niestety. 




ale w słowackich górkach na prawdę przyjemnie się jechało. tylko w pobliżu granicy, gdy ichnia autostrada przechodzi w jeden pas...hmmm korek. i tyle. im bliżej granicy, tym więcej śniegu. do kraju tutejszego wjechaliśmy od Chochołowa, i mijaliśmy wjazdy zarówno do Doliny Chochołowskiej jak i Kościeliskiej...i już był klimat Naszych Tatr....

... tłok, busiki, i w knajpie kościeliskiej ceny, że nas z butów wymiotło a głodni byliśmy bardzo, jakoś nam się nie złożyło z jedzeniem słowackim po drodze, także haluszki mogłam zjeść dopiero w Zakopanem






O 15 ej zaparkowaliśmy pod naszym lokum, czyli starym klimatycznym pensjonatem, w typie wyjazdów na wczasy w latach siedemdziesiątych...
Pokoik ciasny i na poddaszu, oczywiście windy niet...goronc niemożebny, że nic tylko zemdleć można...
nastąpiła szybka ewakuacja i na piechotę poszliśmy szukać knajpy na Krupówkach, gdzie jak zwykle tłok był i trafiła się nam urokliwa karczma "Biały miś. i fajnie.







Naczelnik pochłonął żur, i postawił na mięcho, ja zaś cudowne pierogi z oscypem.
i grzańce oczywiście.







na zdjęciu powyżej kolejna miejscówka związana z Witkacym. kiedyś tam była knajpa z dość podłym jedzeniem, teraz jest restauracja.  
a my zasiedliśmy w podłej miejscówce tym razem, vis a vis ale jedzenie w normie. ja placuszki z oscypem ofkorsss i żurawiną. 



wałęsaliśmy się niespiesznie, śnieg na nas sypał, mróz w policzki szczypał, posiedzieliśmy na saniach na zewnątrz jeszcze innej knajpy, i wznosiliśmy toasty za stary rok głównie, bo był na prawdę dobry...powoli zamienialiśmy się w bałwany...wtedy to było piękne i było pięknie... czas się zatrzymał. 
ale nie uniknęliśmy tłumów mówiących językami, głównie słyszeliśmy węgierski. wchodziliśmy w przeceny w dobrych sklepach sportowych, i Naczelnik nabył bezrękawnik a ja kolejne gacie termiczne z merynosa. Zaś dla Ciri zakupiliśmy śfinkę.

ten spodek, latający talerz, to jest Gubałówka :-)

aż się zrobiło zimno i już zmęczono więc spokojnym spacerkiem podrepataliśmy do naszego pensjonatu, położnego blisko, bo taki był zamysł, żebyśmy się na bani w śniegu po pas i po nocy pod górkę po Zakopcu nie włóczyli...

Dnia następnego wczesny zryw, bo wiadomo trudna trasa była przed nami. zero słońca, zdecydowaliśmy się na śniadanie w pensjonacie, niczego wyśmienitego się nie spodziewając. ale nie mieliśmy czasu na szukanie kaw i bułecek.



Rano gór nie było widać, bo mieliśmy przecież pokój z widokiem(swoją drogą świetny film) 
za to śniegu naprało i powrót był dla nas nieco niepokojący. 
Śniadanie rzeczywiście nas nie zaskoczyło, również było w stylówie pensjonu z lat siedemdziesiątych...
i wiooo




Zakopianka zawalona śniegiem i jechaliśmy w śnieżycy...ale tylko do tunelu, a potem jak rączką odjął. kłopoty się zaczęły na wysokości Łodzi a potem Trójmiasta. to już dowaliło i śniegiem i mrozem i ślizgiem i mgłą... dojechaliśmy na samego sylwestra. 

ps

dodaję, że to był ostatni wyjazd w 2025, a teraz już czas na porządki ubiegłoroczne i podsumowania.