piątek, 7 sierpnia 2026

Kalispera. Symi.

Wieczór wtorkowy przełaziliśmy kręcąc sie w okolicznych wioskach i porcie. Trafiliśmy do uroczej knajpki, na jedno pyfko, gdzie pan nam śpiewał do uszka. Przegląd jakości plaż też nastapił, no raczej cienko cienko. Wąskie i załadowane leżakami. Ale gdy tak sobie leżałam na leżaku przed knajpą, gapiłam się na księżyc i morze mi obmywało nuszki to było bardzo przyjemnie. Potem oczywiście bar i głownie lufy tekili, aż zabrakło. Ja sobie próbowałam barmanów miksy autorskie. 

*

 Rano za wcześnie pobudka jednak, szybka kawa i proste śniadanie. Autokar i kierunek port w Rodos.

Dwa porty. W Rodos i na Symi będę dziś pokazywać naprzemiennie. 

Ale pierwsze co, to na pierwszym zdjęciu widać ścianę tego pływającego monstrum.

Historia wyspy Symi jest bardzo podobna do innych wysp Dodekanezu – najpierw była częścią Cesarstwa Rzymskiego, następnie Cesarstwa Bizantyjskiego, a na początku XIV w. została podbita przez joannitów.

Na wyspie nie ma lotniska, więc można tu dotrzeć tylko promem z Pireusu, Rodos lub Kos. Wielu turystów nie odstrasza jednak ta dość długa podróż.


Port Gialos na Symi, to właściwie dwie miejscowości – Gialos wokół zatoki oraz Chorio na wzgórzu, powyżej portu. I to właśnie Chorio, zwane też Ano Symi, bardzo długo było główną osadą na wyspie. Położone wysoko nad portem przez wieki dawało schronienie przed licznymi atakami piratów. Dodatkową ochroną dla mieszkańców stanowił zamek, który wzmocnili i rozbudowali joannici.





Naczelnik i poławiacz gąbek.

Gialos zaczęto budować dopiero w połowie XIX w., gdy osłabły najazdy piratów i minął strach przed zamieszkaniem blisko morza. To z tego okresu pochodzą przepiękne, kolorowe neoklasycystyczne rezydencje wokół całej zatoki, w których mieszkali najbogatsi mieszkańcy Symi. W górnej osadzie Chorio pozostały uboższe warstwy społeczne. Dziś granice obu osad już się zatarły.

Ale wracam do portu w Rodos z którego wypływaliśmy, bo tak mi się zdjęcia zaciągnęły. Otoż podróż morska trwa dwie godziny i to były dość trudne dwie godziny. Niestety. Byłam blisko choroby morskiej, bujało, że mi horyzont latał góra dół i wolałam nie patrzeć, żeby nie zwrócić.


Przy wejściu do portu w Gialos stoi wieża zegarowa z 1880 r., a obok, trochę niepasujący do reszty zabudowy, biały budynek policji pochodzący z czasów okupacji włoskiej.



Całą zatokę portową otacza szeroka promenada z mnóstwem tawern, barów i sklepów z pamiątkami, gdzie oczywiście królują gąbki i, niestety, sporo tandetnych pamiątek.


I znów wracam do portu w Rodos...i wypłyniecia w morze. Na górnym pokładzie wytrzymałam piętnaście minut.


Wypatrywaliśmy kolumn po Kolosie rodyjskim i owszem są i stoją na nich koziołki łanie 


No i ponownie na Symi w Gialos.

Gąbki. Kupiłam dwie, bo jakże to być tu i gąbek nie kupić.


Kali Strada. Waska Uliczka z 500 schodami, tu widać jej początek. Trzeba mieć zdrowie, żeby to górne miasto zwiedzać w taki ukrop.




Zasiedliśmy wreszcie na obiad.

A po obiedzie z powrotem na statek i popłyneliśmy do Panormitis, gdzie znajduje się klasztor pod wezwaniem św. Michała Archanioła.  Klasztor jest drugim, po Patmos, najważniejszym miejscem pielgrzymkowym Dodekanezu. Już z daleka widać imponujące białe budynki klasztoru, w którym dziś mieszka zaledwie 30 mnichów.







Najbardziej wzrok przyciąga bogato zdobiona dzwonnica z kolorowymi akcentami. Pod nią znajduje się wejście na przepiękny dziedziniec wyłożony czarno-białymi chochlakami. Są to charakterystyczne dla całego Dodekanezu mozaiki z otoczaków.

W kościele na terenie klasztoru, oprócz ciekawych fresków, gigantycznych żyrandoli i rzeźbionego ikonostasu, najbardziej rzuca się w oczy ogromna ikona Michała Archanioła. To patron żeglarzy i rybaków całego Dodekanezu. Pielgrzymujący modlą się do ikony, a w zamian za spełnienie swoich próśb składają przeróżne obietnice. Stąd wokół ikony, jak i na terenie całego klasztoru, zobaczyć można wiele ciekawych przedmiotów będących wotami dziękczynnymi od żeglarzy i rybaków za bezpieczny powrót do domu.

Najważniejsze święto w klasztorze obchodzone jest 8 listopada. W tym dniu teren klasztoru przeżywa prawdziwe oblężenie wiernych. Uruchamiane są nawet dodatkowe rejsy promów, aby wszyscy pielgrzymi mogli dotrzeć.

W pobliżu klasztoru wypiłam pyszną kawę frape i podglądaliśmy żółwie.

A potem znów na statek i dwie godziny powrotu i bujania...🫣🤮

No byliśmy tego dnia jak rasowi turyści.

Chyba mam chorobę morską. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

nie musisz Czytaczu ale możesz ....